Akademia Wojny - Portal Heroes of Might and Magic III

Trwa II etap konkursu MapMaker AW - Zobacz listę map
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Spam od bota "Witcher" XD
Autor Wiadomość
Geralt of_Rivia


Dołączył: 10 Gru 2025
Posty: 1
Wysłany: 2025-12-10, 08:25   

Cytat:
One [czipsy Lay's] podobno zawierają dodatki smakowe robione z abortowanych dzieci... Polecam Przysnacki. Podobne plotki krążą o Pepsi, a to jest chyba ta sama firma... Poza tym kiedyś jadłem pierniki z syropem glukozowo-fruktozowym i później miałem zimne czoło... Polecam też słodycze firmy Roshen.

https://www.heroes3.eu/forum/files/1_172.rar
https://www.heroes3.eu/forum/files/2_155.rar
https://www.heroes3.eu/forum/files/3_157.rar
https://www.heroes3.eu/forum/files/4_177.rar
 
Geralt_of Rivia


Dołączył: 22 Gru 2025
Posty: 1
Wysłany: 2025-12-22, 21:24   

Porozmawiajmy o seksie.
 
Geralt z_Rivii


Dołączył: 27 Gru 2025
Posty: 1
Wysłany: 2026-01-09, 13:21   

Najmroźniejsza zima, jaką pamiętam, to było 2005/06. Było -17 stopni (znalazłem starą gazetę opisującą to -- z nagłówkiem "Zima zła") i bardzo dużo śniegu.
 
Geralt_z Rivii


Dołączył: 13 Sty 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-01-13, 12:18   

Cytat:
Kiedyś taki mój sąsiad, który mieszkał sam, rozmawiał z mamą takiego innego sąsiada, i powiedziała, że ludzie w sklepach są teraz bardzo chamscy, a on powiedział, że dlatego chodzi na zakupy bardzo wcześnie albo bardzo późno.

Innym razem szedł z taką swoją koleżanką na miasto, nagle się zatrzymała i powiedziała, że musi tylko na chwilę do ubikacji iść, a on powiedział:
- Nie ma tak.

Innym razem taki jego kolega mówił, że ta jego koleżanka to jego kochanka, a on powiedział:
- Przysięgam na wszystkie świętości! Między nami nigdy nic nie było!
A on powiedział chyba:
- Chyba tu czegoś nie rozumiem...
A ta koleżanka powiedziała chyba:
- Ty tego nie rozumiesz. Ty tego nigdy nie zrozumiesz.

Innym razem była u niego taka baba, która bardzo głośno mówiła, i o 2. w nocy rozmawiali, nagle przyszedł taki inny sąsiad i powiedział, że zadzwoni na policję, że tak hałasują, zaczęli się kłócić i ta baba na końcu powiedziała chyba:
- (...) A pan chce, żeby było cicho! Cicho! Cicho! Mam nadzieję, że już się nigdy więcej nie spotkamy...

Ten sąsiad zmarł 2 lata temu. Dzień później drzwi się u mnie same otworzyły...
 
Geralt of-Rivia


Dołączył: 13 Sty 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-02-08, 06:59   

Cytat:
Na początku chciałem zaznaczyć, że wszystkie wydarzenia, postacie i wypowiedzi przedstawione w tym artykule są autentyczne. Wszelkie podobieństwo osób występujących w tym tekście do osób rzeczywistych jest całkowicie zamierzone. Wszelkie materiały zawarte w nim zostały użyte po wymuszeniu ich szantażem od Devi i/lub Qn`ika :))) A teraz krótko dla tych, którzy jeszcze nie zajarzyli: To wydarzyło się naprawdę !!! {Potwierdzam - Qn`ik}
Pewnego pięknego dnia postanowiłem z Qn`ikiem wybrać się do kafejki internetowej na nockę... [tylko bez żadnych podtextów mi tu :)] Konkretniej mówiąc, to Qn`ik mnie chciał wyciągnąć, a że ostatnio do mnie ciocia przyjechała i kaski było pod dostatkiem to bez mrugnięcia okiem przyjąłem propozycję. No cóż, najpierw odebrałem sobie mailiki potem wlazłem na IRCa i wtedy wpdałem na szatański pomysł... [Brzmi jak wspomnienia psychola :) {A czym to jest, jak nie takim właśnie pamiętnikiem?!}] Mianowicie: "Ciekawe co by było, gdybym nagle zaczął udawać kobietę". Dla małej próby wszedłem sobie na kanał #sexpl pod xywką abith... Nie macie pojęcia ilu miłych chłopców od razu zaczęło ze mną rozmawiać :) [Niektórzy z was pewnie teraz to czytają... :)] Zabawa tak mi się spodobała, że postanowiłem posunąć się jeszcze dalej... I pewnego pięknego dnia rozmawiając z Devi zamieszałem jej tak, że się kobieta nie mogła otrząsnąć... No cóż... w sumie to się jej nie dziwie, każda pewnie zareagowałaby w ten sposób gdyby się dowiedziała, że jeden z lepszych kumpli jej męża to dziewczyna :) A oto jak zareagowała :

"FRAGMENT MAILA OD DEVI DO JEJ MĘŻA" mam nadzieję, że Devi bardzo się nie wkurzy, że to publikuję :))) {Devi jest w ogóle bardzo zła na mnie, że publikuję ten tekst... Ja jednak nie mogę się powstrzymać... Ale z tego miejsca chciałbym ją przeprosić. :)}
Dev:
Wczoraj gadałam z Troyem...Qn`ik ja naparwdę uważam się za osobę
inteligentną, ale czy...czy to naprawdę jest kobieta? Ja rozumiem nabijanie
się (czytaj wyżej ;)))) ale tu przeżywam lekką konsternację...;))))
Qn`ik:
Co do Troya... Nie zauważyłaś, że to kobieta - famme fatale? Xywka pochodzi
od Troi. Tak wiec nasuwa się pytanie, czy Troy ma konia (trojańskiego, a jak
myślałaś?!). Wiesz, to kumpel(a) (Mariola zresztą), ale tak blisko to nie
jestem... ;)))

No cóż... Kiedy Qn`ik przesłał mi ten krótki fragmencik ogarnął mnie śmiech... Ale po chwili zacząłem się zastanawiać czy nie byłoby fajnie ciągnąć tego pomysłu... Na IRCu nieraz jest pusto i nudno.. a tak zawsze się coś dzieje... W ten oto sposób zaistniałem w sieci jako Troy - kobieta... Nie muszę chyba opisywać jakie zaskoczenie wywoływał fakt kiedy niektórzy się dowiadywali "prawdy", natomiast ja oczywiście coraz bardziej mąciłem i coraz większą przyjemność czerpałem z nabijania się z tych wszystkich, którzy poważnie myśleli, że jestem przedstawicielką płci pięknej...
Początki oczywiście były trudne nieraz zdarzało mi się napisać "poszedłem" zamiast "poszłam" ... wtedy czekałem z niecierpliwością na to czy ktoś się zorientuje o mojej pomyłce, ale zazwyczaj wszystko przechodziło bez echa. Po pewnym czasie doszedłem do takiej wprawy, że nie stwarzało mi to już większych problemów... Szalałem dalej... Zdobywając opy na różnych kanałach dzięki swojej wspaniałej "kobiecej" osobowości jaką reprezontawałem. Tak, tak... ten @ na #actionmag nie wziął się z tego, że długo pisałem do AM... Wystarczyło oczarować człowieka, który miał tam botki... [pozdroofka malisz :))) {Boże, jak ja chciałbym zobaczyć jego minę, gdy to czyta...}] i opek był przy każdym wejściu na kanał [niestety nigdy nie zostałam... *ekhm*... zostałem dopisany do bota :(((]. Tuż przed wyjazdem na wakacje przeprowadziłem z Devi rozmowę na IRCu... w sumie to nic w niej nie ma śmiesznego... dopóki oczywiście nie wie się, że troy to kobieta... Dev była akurat jedną z tych osób, która nie znała prawdy... A o to treść owej rozmowy:

*** troy has joined #actionmag
<troy> bry
<Devi> hello
<Devi> :)
<Devi> Qn`ik!!![Ahhh... jak się te gołąbeczki cieszą jak się spotkają :)))]
<Qn`ik> no
<Qn`ik> wreszcie
<Qn`ik> Devuska, co tylko chcesz :)
<Qn`ik> ale jesli chcesz, tzn. ze Ci smg niewiele powiedzial ;))))
<troy> misiu wylaczylbys ignora... bo mnie to wkurza...[Nie pytajcie :)]
<Devi> taaaa...:)
<Devi> misiu...hm...;)
<Qn`ik> Devus: odp!
<troy> Devi: co nie moge sie tak to niego zwracac ?[Buntowniczo prawda ???:)))]
<Devi> hm?
<Devi> troy: alez mozesz :)[Ahhh... dostałem przyzwolenie... gdyby tylko Dev wiedziała co my na codzień z Qn`ikiem robimy bez jej zezwolenia :))) {Mariolu Kochanie... Czytają nas nieletni heteroseksualiści!!!}]
* Qn`ik ma 96 wiadomosci na skrzynce!
<Qn`ik> i chyba zabije Pazool ;PPP
<Devi> ludzie jade!!!
<Devi> juz za 6 godzin!!!
<troy> 3m ise
*** Qn`ik has quit IRC (Connection reset by peer) {I tyle mnie było na IRCu... Jak zwykle zresztą. :)}
<troy> i poszedl....
<troy> kurde faceci jush tacy sa... pobajerza, pobajerza i znikaja[kurde... jakie stwierdzenie... i to o własnej płci :)))
<Devi> hehe...:))
<Devi> troy dawno Cie nie widzialam[A tęskniłaś chociaż troszeczkę ? {Te, te...}]
<troy> Devi: moze nie mam racji....
<Devi> ano masz...:)
<troy> bo bylam na obozie
<Devi> as usual...;)
<troy> :))))))))
<troy> myslalam nawet o zostaniu lezba... bo faceci mnie wqrzaja [Rany !!! Skąd mi się biorą te texty :))) {I co? Czy to nie pamiętnik chorego transwestyty?! ;)}]
<Devi> troy: hm mialam kiedys podobne mysli [Cóż za wyznanie :)]
<Devi> ale mi pzreszlo...:)) [Qn`ik pewnie teraz odetchnął z ulgą :) {A żebyś wiedział!}]
<Devi> po pewnym mailu...;DDDD
<troy> Devi: niech zgadne od kogo :)))))
<troy> moge o cos spytac ?
<Devi> no?
<troy> czy ty chociaz raz w zyciu gadalas z nim nie przez irc [Znałem odpowiedz... specjalnie spytałem... tak dla jaj :)]
<Devi> hm...wiesz, ze nie :)
<Devi> ale to sie zmieni 4 sierpnia [wyjaśnienie dla niekumatych... 4 sierpnia - zlot AM w Tomaszowie Mazowieckim {Relacja z tegoż w AMie sobie gdzieś jest... :)}]
<troy> :)))))))))))))
<troy> pierdu pierdu....
<Devi> hm?
<troy> pewnie nie przyjedzie [Stwierdzenie wysunięta dla podtrzymania rozmowy... Qn`ik nie bij...]
<Devi> czemu tak mowisz?
<troy> albo jak go zobaczysz to sie przestraszysz i dostaniesz zawalu [Szczerość nie radość :))) {Phi, cały czas Jej to przed naszym spotkaniem pisałem... Ale jak mnie zobaczyła, nie była w stanie uciec - po prostu skamieniała... (Ach ten wzrok Bazyliszka)}]
<troy> nie sorki... to bylo o mnie [Wcale nie !!!!!]
<troy> pomylilam sie :))))))) [ahh.. "pomylilam" jak cudownie to brzmi :)))]
<Devi> hm...zobaczymy
<Devi> :)
<Devi> bylabym bardzo zawiedziona gdyby nie przyjechal
<troy> nie no mam nadzieje ze bedzie... [zresztą co mnie to obchodzi]
<Devi> ja rowniez :)
<troy> kurde... fajnie tak milosc na odleglosc...
<troy> uwierz mi to naprawde bezpieczna milosc ... [no tu chyba każdy się ze mną zgodzi :))) taka jest najbezpieczniejsza]
* Devi spiewa "Czego wciaz mi brak, czego miewam mniej, na ulicy mowia mi, wszystko jest ok..." [hehehe... Devi: pięknie śpiewasz {I owszem... :)}]
<Devi> znasz to?
<troy> znam
<troy> urszula
<troy> rysa na szkle.. [przydała się siostrzyczka, która słucha takich rzeczy :)]
<Devi> no wlasnie..
<Devi> to sa mankamenty milosci na odleglosc [uuu... współczuje]
<troy> zaskoczona ?
<Devi> czym?
<troy> ze znam piosenke....
<Devi> nie, raczej nie...
<Devi> wiekszosc kobiet to zna
<troy> hehehehe... [Proszę mi wybaczyć mój śmiech w tym momencie ale jakby ktoś powiedziałby wam, że jesteście jak większość kobiet... a bylibyście facetami to też byście się nieźle smiali {Skądinąd to... prawda :) Troy jest jak większość kobiet... :P}]
<troy> nie jestem taka jak wiekszosc [No to chyba oczywiste, ze jestem inna :)))]
<Devi> ale znasz Urszulke
<Devi> a to o czyms swiadczy
<troy> no dobra... daje za wygrana [no coz... nie bede sie upieral(a) przy swoim... Devi w koncu w sumie ma racje... jestem podobna do innych kobiet... to chyba przez ten zarost :)))]
<Devi> :)
<troy> o czym ?
<Devi> hmm...tak mysle..zasialas we mnie ziarno niepewnosci...;)
<Devi> o czym swiadczy?
<Devi> no nie wiem...jakos tak
<troy> na temat ?
<Devi> ziarenko? Hm...przyjazdu Qn`ika [ufff.. juz sie balem ze to ziarenko niepewności dotyczyło mojej płci :)))]
<troy> ... nie bij sie on jest w porzadku.... napewno bedzie [oczywiście miało być nie bój się... ale palec mi się omsknął]
<troy> mowi ci do kobieta ktora na ogol nie lubi facetow [hehehehe.... w sumie to wolę dziewczyny... ale w moim przypadku jest to całkiem normalne :))) {I teraz mi to mówisz?!! Mariola! Nie daruję Ci tej nocy! ;)))}]
<Devi> mam nadzieje, ze sie nie mylisz :)
<troy> rzadko sie myle... zwlaszcza ostatnio [Kobieta macho :)))) przy okazji pozdruffka dla Cruli... bedzie wiedziała o co chodzi :)))]
<Devi> maly geniusz :)
<Devi> (tak sie u nas mowi na ludzi ktorzy sie rzadko myla) :)
<troy> hehehehe:)))))))
<Devi> naprawde...ja ze wzgledu na swoj wzrost jestem duzy geniusz...ale to wyjatkowo
<Devi> ;DDD
<Devi> hm, siedze sobie na IRCu, bo straaasznie mi sie nudzi...
<troy> a ile masz wzrostu ?
<Devi> 180 cm :)
<Devi> i same klopoty przez to ;)
<Devi> niestety
<troy> aha.... ueeeeeeeeeeeeeeeee..... jestem wyzsza :P :) [hehehe... nie ma to jak wysoka kobitka :)))]
<Devi> powaznie?
<troy> powaznie
<troy> jestem tylko odrobinke nizsza od qn'ika [ale dosłownie ciutke {Kilka cm chyba...}]
<Devi> hm...i nie masz z tym problemow?
<troy> nie
<troy> ... kto zaczepi takie wielkie babsko :) [heehheeh... no ja bym się bał :)))]
<Devi> powiedzmy, ze pytalam o kontakty z plcia przeciwna...;)
<troy> hehehe... narazie nie interesuje sie za bardzo plcia przeciwna [to znaczy interesuje mnie ale nie ta płeć przeciwna, którą Devi uznawała wtedy za płeć przeciwną do mojej :) {Ale się zamieszałaś ;)}]
<Devi> a ja nie moglam znalezc faceta na studniowke... [Dobra.... przyznać sie który nie chciał pójść z Devi na studniówkę... zaraz tu Qn`ik z całą mafią przyjedzie i go....:)]
<Devi> wiesz
<Devi> jestem wysoka
<Devi> i mialam 9 cm buty
<Devi> klapa!
<Devi> jak bum cyk cyk..szlo sie pochlastac
<troy> wcale nie.... po prostu same knypki zyja na tym swiecie :) [heheheh... niech się tylko niscy ludzie nie obrażają po przeczytaniu tego ]
<Devi> no wlasnie...
<Devi> :)
<Devi> niestety echhhhhh
<Devi> co za swiat
<troy> hehehe
<troy> wysokie kobiety to rzadkosc ... [no ale ja bylam wysoka :)]
<troy> dlatego powinnas sie uwazac za wyjatkowa [wyjatkowa tez bylam :)))]
<Devi> hmm...wyjatkowa...coz, powiem szczerze, ze wolalabym byc o 5 cm nizsza
<Devi> to nie jest mole patrzec na wiekszosc ludzi z gory
<Devi> mile
<troy> kwestia przyzwyczajenia [Opinia fachowca]
<Devi> hm...zyje na tym siwcie prawie 20 lat i nadal sie nie moze przyzwyczaic..niestety
<troy> no coz..... niektorym trudno jest dogodzic [cokolwiek mialo to znaczyc :)]
<Devi> :)))
<Devi> hm, jestem zmeczona...a za kilka godzin juz jade
<troy> ooooooooo.... gdzie
<Devi> do Tomaszowa
<Devi> kochana rodzinka...;)
<troy> i tam masz sie z nim spotkac ?
<Devi> tez...:)
<troy> to pewnie sie nie mozesz doczekac
<Devi> to jest wieksza impreza wiec nie moge sie doczekac wielu ludzi
<Devi> ale owszem Qn`ika najbardziej :) [Ty Qn`ik jak ty to robisz, że jak cię panienki widzą to mdleją ???, bo jak ja przechodzę przez ulicę to dodają gazu :))) {Eeech. To nie tak. One się w kamyczki zamieniają...}]
<troy> kurde.... chcialabym zobaczyc twoja mine:) [mina... hehehe... pozlizgowa :)]
<Devi> szczerze mowiac ja tez bym chciala zobaczyc...;)
<Devi> ale...
<Devi> hm...dlaczego wlasciwie?
<troy> .... trudno to okreslic.... ale powiem tyle ze bedziesz zdziwiona (pozytywnie afkorz) [hehehe... i sądząc po relacji z Tomaszowa to jednak było to rzeczywiście pozytywne zaskoczenie ;)]
<Devi> a wiesz...
<Devi> juz to dzis slyszalam
<Devi> od Smugga [Oj Smuggler... ladnie to tak obgadywac znajomych ???]
<Devi> :))
<troy> heheheh.... widzisz ?
<Devi> jeszcze nie, ale zobacze...;)))
<Devi> i z tego wszystkiego sie okaze, ze to ja jestem najwieksza maszkara w towzarzystwie [brak samodowartosciowania...a szkoda]
<troy> no wlasnie.... ale powiem ci ze on jest bardzo w porzadku [ty Qn`ik widzisz ile mi zawdzięczasz ???... nawet "dziękuję" od ciebie nie usłyszałem... a ja o tobie w samych superlatywach z Devi rozmawialem :){Będę złośliwy: niech Ci to Bóg w dzieciach wynagrodzi! :PPP}]
<troy> tzn... to bylo to poprzedniej wypowiedzi
<Devi> hm...wiesz...znamy sie co prawda tylko z maili ale te pol roku zrobilo swoje [BTW: pozdruffka for ognista... bedzie wiedziała czemu w tym miejscu :)))]
<troy> co do ostatniej to nie wiem... nie widzialem cie... [ups.... houston mamy problem... nawet mimo tak długiego pisania o sobie jako kobiecie... zdarzały się takie wpadki]
<troy> sorki... widzialam... [ciągle zastanawiam się po co się zacząłem tłumaczyć, może nawet nie zwróciłaby uwagi]
<Devi> :)
<Devi> hm, moze to i lepiej...;)
<troy> kurde... cholernie trudno jest gadac jako kobieta..... bo na ircu lepiej jest jesli maja cie za faceta [i znowu tłumaczenie... trzeba to jakoś odkręcić]
<Devi> hm, tak?
<Devi> szczerze mowiac nie probowalam [uffff.... chyba łyknęła :)]
<troy> czy ja wiem
<troy> powinnas
<troy> nie zbijaja sie tak wtedy
<Devi> mam taka zabawe...czasami jak mam naprawde podly humor to wyciagam znajoma na IRCa przybieramy ciekawe xywy i szalejemy...:)
<Devi> leca pozniej texty: "gadasz z X? Ja tez!"
<troy> hehehehe... zapytaj qnika co robilismy na nocce w kafejce [patrz początek całego textu]
<Devi> wiem, glupie, ale..dziala
<Devi> podrywaliscie kobialki na IRCu! ;)
<Devi> tak?
<troy> tak
<troy> ..... tzn ja.... [rany!!! az ciezko o tym mowic... powiem tylko jedno... "WY FACECI TO ZBOCZENI JESTESCIE !!!" :)))]
<Devi> hehe...oj, mezowi sie oberwie...;) [no wlasnie... powinno mu się oberwać :)))]
<troy> ja podrywalam meza [tak tak Qn`ik... pamiętasz te blondynkę która chciała z tobą zrobić *ekhm* no wiesz co :))) {Tjaa... ;) Ale nic nie zrobilismy! ;)))}]
<Devi> mojego?
<Devi> ;)
<troy> aha
<troy> sorki.... ale on sie dal nabrac... ale sie z niego pozniej zbijalam [oj tak... troszke sie zbijałam :)))]
<Devi> no tak, kobieta :)
<Devi> qrcze...musze sie jeszcze wykapiuchnac...
<Devi> eeee...
<Devi> niecierpie dlugich podrozy
<troy> leniwe stworzenie
<Devi> szczegolne autobusem
<Devi> czasami bardzo leniwe :)
<troy> autobus... kac... i podroz na dworzec.... [O rany !!! nigdy wiecej....]
<Devi> dlaczego nie ma z ina normalnego polaczenia z ta cholerna lodzia?
<Devi> grrrr...
<troy> jak to nie... ja wlasnie jak jechalam na oboz to z lodzi...
<Devi> hm...ale...pociagu z Inowroclawia (ina) do lodzi nie ma...:( [no tak bo ja nie mieszkam w Inowrocławiu, kurde, że też wcześniej na to nie wpadłem :)))]
<troy> rany.... to sie przesiadziesz... ale ty problemy sobie stwarzasz
<Devi> jak zawsze...poza tym mam dzis strasznie marudny nastroj [Moje późniejsze pytanie nasunęło się samo :)]
<Devi> wioec sie nie przejmuj
<Devi> :))
<troy> ojej... okres ? [hehehe... no nie mówiłem, że nasuwa się samo?]
<troy> sorki... moze troche niedyskretne pytanie... [eeeee gdzie tam ;) kazdy facet pyta o to dziewczyny ;))) {;D}]
<Devi> hm, to juz bylo i nie wroci wiecej ;) ale perspektywa podrozy...:(
<Devi> spoko, nie przejmuj sie [nigdy w zyciu niczym się nie przejmowałem... to właśnie mój problem :)))]
<Devi> :)
<troy> hehehehe... ja sie nigdy nie przejmuje [jak wyżej]
<Devi> wiesz to smieszne, odpisuje rano na maile bo chce wyjechac z czystym kontem, wchodze sobie na IRCa, i przy okazji odbieram poczte...
<Devi> Boze uchowaj!
<troy> hehehe.... to normalne... uzaleznienie [no coż wiem coś o tym... mając 118 punktów w teście Smugga przestałem liczyć :)))]
<Devi> taaaa...i rachunki...jak sobie Maciej z tym radzi? Qrcze taka samodyscyplina [nie samodyscyplina tylko skąpiradło jest i nie chce mu się rachunków płacić {:D}]
<Devi> ja jak widac pierwszego juz sie maltretuje... [NO COMMENT :)]pomijajac fakt, ze i tak nie zasne i mi sie nudzi bez kompa
<troy> ... nie wiem... ja nie potrafie
<troy> hehehe.. ja musze na wszystkie maile odpisac ... kurde jak ja to zrobie.... mam nadzieje ze o 2 bede juz miala to z glowy [no tak.. akurat wtedy miałam to z głowy o 4:00 ...]
<Devi> hm, chyba pojde spaaaaccc...
<Devi> :)
<troy> jush... ?:)
<Devi> nnnnnooo...z wielkim bolem
<Devi> ale pozniej bede w autobusie spac
<Devi> a nie lubie tego
<Devi> poza tym
<Devi> jeszcze musze sie dopakowac
* Devi sie oczka kleja
<troy> oki.... to buzi na pozegnanie :* [Mam nadzieję, że Qn`ik mnie za to nie zabije... poza tym to był pocałunek lezbijski więc jestem niewinna :))) {Tym bardziej!!! Wykorzystałeś sytuację... :/}]
<Devi> :* :)
<Devi> papa
<Devi> :)
Session Close: Tue Aug 01 23:36:18 2000

Wszystkie wydarzenia wzbogaciły moją wiedzę o płci pięknej... Jako kobieta byłam podrywana i momentami dosłownie "gwałcona" przez Internet... Nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy jakich w życiu doświadczyłem, ale po tym wszystkim wiem jedno... Naprawde trudno być kobietą i jestem w stanie to udowodnić każdemu męskiemu szowiniście którego spotkam... {I tym optymistycznym, antyszowinistycznym akcentem kończymy odcinek, którego sponsorem były literki: "a", "b", "i", "t" i "h". Dobranoc.}


PRZED WAMI OBNAŻAŁ SIĘ: [nie dosłownie afkorz]
TROY
 
Geralt-of Rivia


Dołączył: 11 Lut 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-02-12, 07:38   

Proszę usunąć ten temat:
https://www.heroes3.eu/fo...p?p=97943#97943

[ Dodano: 2026-02-12, 07:40 ]
Paweł napisał/a:
Begrezen napisał/a:
raczej na 2016-2019 xD

Wtedy to już całkowicie zostało pozamiatane.

W 2019 r. nie było tutaj cenzury... Uwzięto się chyba, jak się podszyłem pod tego Tarnooba.
 
Geralt z-Rivii


Dołączył: 23 Lut 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-02-23, 20:08   

Cytat:
Bernard "Eddie" Lipiński
W sieci


Zabić? Nie zabić. Zastanawiał się nad tym od dłuższego czasu. Ofiara była nieruchoma, lecz wciąż nie mógł się zdecydować. Trudna decyzja. Powoli sięgnął po puszkę z piwem, która stała na stoliku przy jego łóżku. Przy piątej przestał już liczyć. Był już dobrze wstawiony, ale za nic w świecie nie pomogło mu to w podjęciu decyzji. W zasadzie, to sam nie wiedział czy lepiej jest o takich rzeczach myśleć na trzeźwo, czy dopiero w stanie całkowitego upojenia alkoholowego. Patrząc na swoją ofiarę upił kilka łyków, głośno beknął, po czym odstawił puszkę z powrotem na stolik. Brzmienie głośnego beknięcia w prawie pustym pokoju strasznie go rozbawiło. Przewrócił się na łóżko, na którym siedział i zaczął się głośno śmiać. Po chwili jednak zauważył, że nie ma w tym nic śmiesznego, a odwróciło tylko wzrok od ofiary. To była bardzo trudna decyzja.
Rozejrzał się po pokoju. Łóżko, obecnie zajęte przez jego nietrzeźwą osobę, przy łóżku stolik, kilka półek na ścianie i to wystarczyło. Wystarczyło, żeby zrobić bałagan jakiego jeszcze świat nie widział. Możliwe, że na trzeźwo wogóle nie byłby w stanie poruszać się po tym pokoju. Nie chciało mu się jednak sprzątać. Niedługo będzie daleko stąd. Wyjedzie i będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Spojrzał na zegarek. Minęła trzecia nad ranem. Zostało jeszcze trochę czasu. W ogóle nie wiedział co zrobić z pieniędzmi, które na niego czekały w banku. Zdecydował się na wyjazd z kraju, ale nie wiedział co dalej. Wiedział, że już tu nie wróci, ale nie martwiło go to. Chciał rozpocząć nowe życie w całkiem innym miejscu, wśród ludzi, którzy go nie znają. Zostało jednak jeszcze trochę czasu. Ponownie popatrzył na obiekt swoich rozważań. Wzrok już miał dość zamglony, więc musiał przymrużyć oczy. Tam, w rogu pokoju, jedynym miejscu, które nie było zaśmiecone znajdowała się jego ofiara. Może nieprzytomna, może nawet nieświadoma swojego losu. Kogo by to obchodziło. Nie jego, na pewno nie jego. Każdego innego może tak, ale nie jego. Wiedział, że musi to zrobić, ale wciąż się zastanawiał. Nie mógł pozwolić ujść ofierze z życiem. Od tego zależał jego honor, a przynajmniej tak mu się wydawało. Spojrzał jeszcze raz. Nadal nieruchoma. Za długo zatruwała mu życie, teraz musiał się zemścić. Tak, właśnie sobie przypomniał, że ma motywację. Zemści się zanim na całe życie opuści to miejsce. No, może nie na całe, ale napewno prędko nie wróci.
Ponownie sięgnął po puszkę z piwem. Zajrzał do środka i zaczął podziwiać nieprzeniknioną ciemność, która przyciągała jego wzrok. Przechylił puszkę w jedną stronę, potem w drugą. Delikatnie nią zakręcił. Ruch napoju w puszce wprawił go w niemałe zadowolenie. Ujął puszkę w dwa palce, a potem delikatnie ruszył dłonią. Z uśmiechem na twarzy rozkoszował się dźwiękiem chlupocącego w środku piwa. Pociągnął kilka łyków, tym razem bez beknięcia. Za bardzo się zapowietrzył i nic z tego nie wyszło. Zaczął odstawiać puszkę na... O, cholera! Przewróciła się i zawartość popłynęła po zabrudzonym blacie. Nie było sensu iść do łazienki po papierowe ręczniki. Zamiast tego opuścił prawy rękaw flanelowej koszuli i rozpoczął walkę ze ściekającym ze stolika piwem. Wynik tych działań nie był jednak zbyt radosny. Zdołał opanować powódź spowodowaną wylanym piwem, ale za to cały rękaw był mokry. Trudno, coś za coś. Zawsze tak było, jest i będzie. Popatrzył ponownie w kąt pokoju. Tak, ty też zapłacisz -pomyślał- męczyłem się z tobą przez tyle tygodni, całe noce nie mogłem przez ciebie spać, ale teraz koniec z tym. Raz na zawsze, koniec.
Wpatrywał się w kąt i raz za razem, w myślach obiecał swojej ofierze śmierć w cierpieniu. Nigdy nie przyczynił się do żadnej śmierci, ale teraz, mając na uwadze ogromną sumę pieniędzy, którą miał wypłacić na podstawie wypisanego na jego nazwisko czeku nie myślał o tym. Wyjedzie i szybko zapomni o tym jednym morderstwie. W zasadzie, to nie było nawet morderstwo, to była sprawa honoru, jego honoru.
Co się gapisz?-wybełkotał do swojej ofiary. Milczenie, brak odpowiedzi. Czuł jak coraz bardziej rodzi się w nim gniew. Wyciągnął kolejną puszkę piwa, otworzył i wypił prawie połowę zawartości. Beknięcie, które się rozległo zaraz po tym mogłoby obudzić nawet sąsiadów piętro wyżej. Ofiara pozostała nieruchoma. Z puszką w ręku podszedł do półki na ścianie. Gdzieś tam leżały papierosy. A, są. Wyciągnął jednego i zaczął szukać zapalniczki. W spodniach-nie ma, na półce-nie ma, druga półka-nie ma, ponownie spodnie-jest! Tylko dlaczego w tej samej kieszeni, w której przed kilkoma sekundami nie mógł jej znaleźć? Nieważne. Ważne są czyny odważne, a on był odważny, musiał być odważny, przecież czyn, którego miał się dopuścić wymagał ogromnej ilości odwagi... Był odważny? Czy był odważny na tyle, żeby odebrać życie? Czy był odważny na tyle, żeby popełnić morderstwo? Zaczął się nad tym poważnie zastanawiać. Wyobraził sobie jakby to było, gdyby to on miał stracić życie. Nie był pewien, czy jego ofiara jest świadoma swojego losu. Mogła przecież jeszcze mieć nadzieję. Dostał to, czego chciał, udało mu się. Dwie godziny przed południem będzie siedział w samolocie. Jego ofiara nie musiała jednak tego wiedzieć. Myśli, które rodziły się w jego głowie stawały się coraz bardziej przerażające. Zaczął myśleć, o tym co będzie dalej. Czy będzie mógł spokojnie w nocy zamknąć oczy, wiedząc, że popełnił morderstwo? Czy będzie potrafił pogodzić się z tym, że pozbawił istotę żywą prawa do stąpania po tej ziemi? A co z rodziną ofiary? Na pewno będą tęsknić. Wyobraził to sobie. Z każdą mijającą sekundą wyobraźnia podsuwała mu coraz bardziej załamujące obrazy. Kapnęła łza, potem druga. Broda odmówiła posłuszeństwa i zaczęła się trząść, a twarz ściągnęła się w grymasie bólu. Kolejna łza. Przez łzy, które powoli zalewały mu całą twarz zaczął patrzeć na swoją ofiarę. Odwrócił wzrok. Łza. Pociągnął nosem. Kolejne łzy. Płakał jak małe dziecko po wielkiej stracie, ale to przecież nie on miał stracić. Kolejne łzy. Odstawił na stolik puszkę, żeby rękawem otrzeć twarz i nos. Nie mógł się jednak opanować. Coraz bardziej wzbierał w nim szloch i nie potrafił nad tym zapanować. Łza. Pociągnięcie nosem. Kolejna łza. Własne myśli zaczęły go przerażać do tego stopnia, że przysiadł na podłodze, podciągnął kolana pod brodę i skulił się jak małe dziecko. To było przerażające. Schował głowę między kolanami, żeby nie patrzeć w ten jedej kąt pokoju. Rozkleił się, zaczęły go dopadać wątpliwości. Poczuł, że się załamuje.
Nagle, jednej sekundzie przestał płakać. Ponownie otarł twarz lewym rękawem flaneli, rozejrzał się po pokoju. Powoli podniósł się z podłogi. Wytarł dokładnie twarz tym samym rękawem, co poprzednio. Spojrzał na swoją koszulę i doszedł do wniosku, że wygląda żałośnie.
Ponownie sięgnął po papierosa, którego odłożył na półkę szukając zapalniczki. Przypalił. Zaciągnął się dymem. Mocne cholerstwo. Zaciągnął się po raz kolejny. O żesz... kaszel. Cholernie mocne cholerstwo. Złapał kilka oddechów i przysiadł na łóżku. Strząchnął popiół na podłogę i ponownie się zaciągnął. Tym razem bez mocniejszych wrażeń. Wypuszczając powoli dym ustami i nosem oparł się o ścianę. Papieros w usta, dym w płuca. Znów poszło gładko. Odchylił głowę do tyłu i puścił kilka kółek. Wyglądały jak należy. Obserwował jak powoli rozpływają się w powietrzu. Zaciągnął się jeszcze kilka razy i zgasił papierosa. Na podłodze. Krótkie spojrzenie na zegarek. Dwadzieścia po trzeciej. Wbrew pozorom czas mijał strasznie wolno. Nie wiedział, czy powinien podjąć decyzję już w tej chwili, czy jeszcze poczekać. Zaczął się zastanawiać, czy zmieści mu się w żołądku jeszcze jedna puszka piwa. Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że stanowczo i niezaprzeczalnie tak. Najpierw jednak trzeba ulżyć trochę pęcherzowi. Wstał i skierował swoje chwiejne kroki w stronę przedpokoju, a potem z niego do ubikacji. Pstryknął światło i... nie zmieścił się w drzwiach. Wydało mu się to strasznie śmieszne. Oparł się o futrynę i wyczerpująco obśmiał tą, w innych okolicznościach można by powiedzieć niezręczną sytuację. Po krótkim czasie postanowił odkleić się od futryny i wykonać plan. Odpowiednio się przygotował, przyjął pozycję skoczka narciarskiego i... poszło po podłodze. W ostatniej chwili udało mu się uratować przed zmoczeniem spodni. Sytuacja została opanowana. Stwierdzając, że jego pęcherz na nic się już nie skarży zapiął spodnie i wrócił do pokoju.
Kolejna puszka piwa. Otworzył, popatrzył, odstawił. Zamiast wypić kilka łyków przypalił kolejnego papierosa. Tym razem obeszło się bez kaszlu. W to miejsce pojawiły się zawroty głowy. Zaciągnął się jeszcze raz i zgasił. Znowu na podłodze. Co tam, jutro i tak już go tu nie będzie. Zawroty głowy jednak nie ustąpiły. Doszedł do wniosku, że przyda się w tym zadymionym pokoju trochę świeżego powietrza. Podszedł ostrożnie do okna, otworzył je. Oparł się o parapet i wystawił głowę na zewnątrz. Chłodny powiew podziałał jak najlepsze lekarstwo. Zawroty głowy zaczęły powoli ustępować. Odszedł od okna i usiadł ponownie na łóżku. Wszelkie wątpliwości odeszły jak ręką odjął. Sięgnął po puszkę, ale po chwili doszedł do wniosku, że więcej już mu się nie zmieści. Odstawił ją z powrotem. Posiedział jeszcze chwilę, poczym niepewnie, ale stanowczo wstał z łóżka. Postanowił. Nie użyje żadnej broni. Spojrzał na jeszcze żywą ofiarę swojej zemsty. Żadnego ruchu, milczenie. Mimo problemów z utrzymaniem równowagi ruszył w stronę jedynego, nie zaśmieconego rogu pokoju. Decyzja została podjęta.



LONDYN, godz. 17.00
Okazuje się, że podróż samolotem nie jest taka straszna. Na pewno nie wymaga aż tak wielkiej odwagi jak... Nie, nie chciał teraz o tym myśleć. I tak już było mu wystarczająco niedobrze. Od ilości wypitego poprzedniej nocy piwa bolała go głowa, a żołądek odmawiał przyjmowania pokarmów. Nie, na razie lepiej o tym nie myśleć.
Pokój, który dostał był trochę większy od tego, który zostawił w swoim ojczystym kraju. Wyglądał też całkiem inaczej. Czysty, wszystko miało swoje miejsce, na parapecie stały kwiaty. Leżał na łóżku i rozglądał się po swoim obecnym miejscu zamieszkania. Dłonią przeczesał wilgotne jeszcze włosy. Prysznic podziałał wyjątkowo odświeżająco. Znacznie poprawił jego samopoczucie. Ponownie rozejrzał się po pokoju. Jest fantastycznie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. W końcu był bezpieczny. Teraz wiedział już, że w nocy będzie mógł spokojnie zasnąć. Nie tylko tej nocy, ale też każdej następnej, którą spędzi w tym pokoju. Wyjazd w ramach międzynarodowej wymiany studentów wymagał mnóstwo odwagi, ale teraz czuł się już bardzo bezpiecznie. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Wyciągnął rękę w stronę podłogi i podniósł z niej znany sobie przedmiot. Pomyślał o nadchodzących dziesięciu miesiącach, które tutaj spędzi. Nowe miejsce, nowi ludzie. Wszystko było tak, jak sobie wyobrażał. Na razie poznał tylko swoich opiekunów, ale już wiedział, że będzie dobrze.
Spojrzał na przedmiot podniesiony z podłogi. Uśmiechnął się szeroko. Na kapciu z wizerunkiem Kaczora Donalda pozostał już tylko delikatny ślad po rozdeptanym poprzedniej nocy pająku.
 
Vedymin Geralt


Dołączył: 01 Mar 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-03-01, 20:17   

Dlaczego Agent Smith nie mógł wejść w Neo, Morfeusza ani Trinity?
 
Vedymin_Geralt


Dołączył: 03 Mar 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-03-03, 12:54   

Cytat:
NOL nad Ukrainą


To wydarzenie miało miejsce co najmniej dziesięć lat temu w mojej rodzinnej wsi, położonej na samej granicy z Ukrainą. Był letni wieczór a ja z moim ciotecznym bratem byłem u babci. Zaczynało się ściemniać (ale ja ściemniać zamiaru nie mam). Razem z babcią przebywaliśmy w tak zwanej kuchence letniej...

W pewnym momencie na zewnątrz rozległ się dziwny dźwięk, przypominający silniki samolotu lub coś podobnego, a raczej było to coś na podobieństwo grzmotu, tyle tylko że było ciągłe i nie cichło. Razem z bratem wyszliśmy na podwórze. Na wschodniej części nieba (czyli nad Ukrainą) zauważyliśmy dziwny obiekt, który był źródłem tego dziwnego dźwięku. Na pewno nie był to samolot. Był to duży obiekt, choć może się mylę, gdyż nie można było ocenić odległości, ale zdawało się, że jest dość blisko (kilka kilometrów), bo gdyby był daleko musiałby być naprawdę ogromny. Jego wielkość widzianą na niebie przyrównałbym do 1/7 wielkości Księżyca w pełni. Bardzo powoli spadał (leciał ?) na ziemię po linii prostej pod kątem około 45 stopni. Był barwy szaroniebieskiej i kształtu kwadratu z trójkątnym (zaokrąglonym) przodem (częśćią skierowaną ku dołowi). Dotatkowo na części kwadratowej posiadał znak geometryczny w kolorze czerwono-różowym. Według różnych osób było to koło lub kwadrat. Ja dostrzegłem w tym raczej koło. Obiekt z niezmienną prędkością zmierzał na spotkanie z powierzchnią ziemi. Po paru minutach znikł za linią lasu rosnącago po stronie ukraińskiej. W tym momencie należałoby się raczej spodziewać jakiegoś huku wynikłego ze zderzenia obiektu z ziemią, jednak nic takiego nie nastąpiło. Dźwięk towarzyszący obiektowi po prostu wyciszył się...

Tydzień potem rozpoczął się rok szkolny. Jak się okazało obiekt ten widziało także wielu uczniów i nauczycieli. Relacje były zgodne, poza szczegółem iż niektórzy widzieli czerwone koło a niektórzy kwadrat, ale to małoistotne. Jedno było pewne: nikt nie wiedział co to było. Samolot to na pewno nie był, więc co? Gdyby to coś rozbiło się byłaby zapewne informacja we wiadomościach, ale nic takiego się nie pojawiło. Czy to mogło być UFO (po polsku NOL)? Na pewno był to niezydentyfikowany obiekt latający (UFO kojarzy się automatycznie z pojazdem Obcych), ale raczej nie odpowiada on (i jego zachowanie) typowemu, znanemu mi opisowi pojazdu Obcych, przez co jest tylko jeszcze bardziej zagadkowy.

Dziś pewnie niewiele osób pamięta tą obserwację. Niedawno (parę lat temu :) z ciotecznym bratem, z którym razem widzieliśmy ten obiekt rozmawialiśmy na takie tematy. I on opowiedział mi co mu się śniło i ... to było właśnie to. Był trochę zdziwiony gdy powiedziałem mu, że to wcale nie był sen. A sen to najprostsze wytłumaczenie czegoś niewyjaśnionego, w czym się uczestniczyło...


Ecnelis
 
VedyminGeralt


Dołączył: 03 Mar 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-05-04, 11:30   

https://www.heroes3.eu/forum/viewtopic.php?t=3867

Cytat:
Spotykam się z pracującymi Ukraińcami w PL i niestety jakość ich pracy jest słaba, są podobni do ruskich - robią na odpierdol.

A są dobrzy w łóżku?
 
demotywatory.ru


Dołączył: 02 Lis 2025
Posty: 1
Wysłany: 2026-05-04, 13:01   

A jak powiedział Master_Faust?
 
Geralt Vedymin


Dołączył: 04 Maj 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-05-04, 13:21   

https://www.heroes3.eu/forum/viewtopic.php?t=811

Cytat:
Tak sobie myślę, że dowodów to ja nie mam... chociaż, może... bardzo często się zdarza, że jak z rodziną wszyscy siedzimy w salonie, to nagle w kuchni taki dźwięk słychać, jakby ktoś się sztućcami bawił... a raz wpuściłam kota do domu, to stanął przodem do pustej ściany(bez obrazów, bez niczego, na drodze kot-ściana stała tylko deska do prasowania), cały zaczął się jeżyć i prychać. A jak się próbowało go brać na ręce, to bardzo głośno prychał, syczał i pazurkami próbował się bronić. No to go wypuściliśmy i mu na dworze daliśmy jeść, a dla odmiany nasz piesek do domu wleciał(przedostatni, skradziony). Stanął w tym samym miejscu co kot, w tą samą stronę odwrócony i zaczął warczeć i szczekać... Aha, oba zwierzaki wyglądały na porządnie wystraszone. Ja tam nie wiem, czy taka reakcja i dziwne odgłosy z kuchni się do jakichś dowodów zaliczają, ale ja tam i tak raczej nie wierzę w duchy... chyba. Tylko że nasz dom wybudował mój tata, to skąd niby miałby być w nim duch?
Cóż, w UFO(czyli spodek kosmiczny) to w zupełności nie wierzę, ale sądzę, że skoro jest aż tyle gwiazd, wokół przynajmniej większości z nich planety, to raczej nasza nie mogła być jedną jedyną, na której rozwinęło się życie, gdzieś tam daleko musiały być na nie równie dogodne warunki co tutaj... Tylko dlaczego większość ludzi we współczesnych czasach wyobraża sobie kosmitów jako wątłych ludzików z wodogłowiem?

Ciekawe...
 
Geralt_Vedymin


Dołączył: 15 Maj 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-05-26, 11:26   

https://www.heroes3.eu/do...7-zniwiarz-dusz

Ta plansza została dodana chyba tego samego dnia, którego dołączyłem do AW... Napisałem coś o VR-ze, potem ta Huntka coś odpisała, potem to zniknęło, potem jeszcze kilka razy coś o nim pisałem, aż w końcu cała strona zniknęła chyba na 3 tygodnie... Pamiętają Państwo może, jak w kwietniu 2019 r. YTMND zostało zhakowane na prawie rok? Szkoda, że tak nie zostało...
 
GeraltVedymin


Dołączył: 26 Maj 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-06-20, 10:52   

Cytat:
"DAJ MI BUZI :)" - napis wykwitł nagle na ekranie monitora. Za ostatnią literą wesoło migał znaczek kursora. Młody rozejrzał się uważnie po sali. Ktoś robił sobie z niego jaja, był tego pewien. Tylko kto? Nie znał nikogo z obecnych oprócz właściciela lokalu, więc musiała to być po prostu zgrywa jakiegoś dowcipnisia. Nonszalancko wyciągnął się w fotelu, kątem oka zerkając na innych ludzi przy komputerach. O tej porze w kafejkach internetowych zwykle nie przebywało więcej niż cztery, pięć osób. Teraz było ich razem troje. Nie liczył oczywiście pana Mieczysława - właściciela kafejki, bo ten nigdy nie siadał do komputera. Przy stanowisku najbliżej niego siedział jakiś dzieciak i z językiem na wierzchu w pełni poświęcony był jakiejś beznadziejnej strzelance. Młody dziękował bogu za to, że na początku miesiąca pan Mietek zamontował słuchawki przy każdym zestawie. Wcześniej trzeba było znosić idiotyczne odgłosy gier komputerowych, a nie należało to do najprzyjemniejszych rzeczy podczas pracy na komputerze.
Przy komputerze po drugiej stronie Młodego siedział starszy, łysawy facet i z wypiekami na twarzy przeglądał strony w internecie. Rzucał przy tym co chwilę konspiracyjne, ukradkowe spojrzenia na wszystkie strony. "Założę się o milion naszych pięknych polskich złotych, że przegląda strony z gołymi babkami" uśmiechnął się do siebie Młody. Więc został tylko chudy blondynek przy komputerze pod oknem. "No i zagadka rozwiązana" - mruknął pod nosem chłopak "Mam cię, cwaniaczku". Pan Mietek podniósł głowę znad książki i spojrzał na Młodego pytającym wzrokiem. Chłopak uśmiechnął się szeroko i pokręcił głową.
- Sam do siebie mówiłem. - wyjaśnił.
Mężczyzna pokręcił głową i ponownie zagłębił się w lekturze.
Młody pochylił się nad klawiatura komputera. Pobawi się trochę z tym blondaskiem. Mail z redakcji jeszcze nie doszedł, a bez informacji od głównego i tak nic dalej nie mógł zrobić.
"BUZI. CHCĘ BUZI :)". Bezczelny napis ukłuł oczy chłopaka.
"NO DAJ BUZIACZKA, MÓJ PIMPUSIU :)"
- Ożesz ty. - wycedził Młody przez zaciśnięte zęby. Szczeniak pozwolił sobie na zbyt wiele.
Młody wstał gwałtownie, odpychając przy tym fotel prawie na sam środek pomieszczenia.
Wszyscy spojrzeli natychmiast w jego stronę. Mężczyzna przeglądający strony porno spąsowiał na twarzy i szybkim ruchem ręki wyłączył monitor. Blondyn w końcu sali spojrzał w stronę Młodego badawczo i przez chwilę zastanawiał się, czy śledzić dalej wydarzenia w kafejce, czy wrócić do komputera. Jedynie szczeniak grający w swoją idiotyczną grę dopiero po kilku chwilach rzucił okiem w bok i dojrzał wściekłego młodego mężczyznę stojącego tuż obok niego i rzucającego groźne spojrzenie gdzieś wgłąb pomieszczenia. Zerwał słuchawki z uszu i odwrócił się od stanowiska komputerowego.
Młody zrobił kilka kroków przed siebie. Szczeniak - fan gier wytrzeszczył oczy i czekał na rozwój wydarzeń. Pan Mietek podniósł ponownie wzrok znad ksiązki i spojrzał krytycznie na Młodego.
- I co się tak rzucasz? - spytał poirytowany.
Młody zignorował właściciela kafejki.
- Słyszysz? Mówię do ciebie! - podniósł głos pan Mietek.
Szybkim krokiem Młody przeszedł całą salę i po chwili był przy blondynie. Złapał go za kołnierz i odciągnął do tyłu.
- O co ci chodzi? - pisnął cienko wystraszony chłopak.
- Czekaj! - rzucił twardo Młody i zajrzał w ekran komputera przy którym blondyn. Złapał mysz i sprawdził uruchomione aplikacje. Jakieś strony i Excel. To wszystko. Nic, przez co frajer mógłby wysyłać informacje do niego.
- Myślisz, że taki cwaniak jesteś? - Młody pochylił się nad chłopakiem i podciągnął go do siebie. Wystraszony blondyn był zupełnie bezwładny. Dał się szarpać jakby był pod wpływem środków otępiających. Pan Mietek już wychodził zza kontuaru. Powoli ruszył swoje sto sześćdziesiąt kilogramów żywej wagi i ruszył w stronę Młodego, który teraz zbliżył twarz swojej ofiary do swojej twarzy.
- Co ja ci zrobiłem? - zawył trwożliwie blondyn.
- Zamknij się! - warknął Młody - Podsyłasz mi te swoje żarciki. Myślisz, że jesteś taki sprytny, co?
- Ja? Ale. - chłopak próbował się wytłumaczyć.
- Jasne, udawaj głupka, gnoju. - przytaknął Młody. Nagle jakaś ciężka dłoń złapała go za ramię i gwałtownie odciągnęła znad krzesła blondyna. To pan Mietek zdążył do niego doczłapać. Odciągnął go od chłopaka i wstrząsnął nim mocno.
- Jasna cholera. - zaklął po nosem Młody.
Pan Mietek był cały czerwony, a na jego twarzy perliły się okrągłe krople potu. Jego oddech śmierdział trawioną kawą i papierosami.
- Puść mnie pan! - szarpnął się mężczyzna.
Właściciel pociągnął go ze sobą do kontuaru. Złapał go drugą ręką i już oburącz przycisnął do ściany.
- Co ty, kurwa, tutaj wyrabiasz, co? Będziesz w moim lokalu jakieś bijatyki sobie urządzał? - pan Mietek ciężko sapał i wyglądał przy tym jak rozjuszony byk. Młody szybko zorientował się, że nie da facetowi rady.
- Ten blondynkowaty gnój podsyła mi zaczepki! - zaczął prostować wskazując na chłopaka, który aż podskoczył widząc wycelowany w siebie palec Młodego. Najwidoczniej jeszcze nie doszedł do siebie ze strachu.
- A wiesz co mnie to obchodzi? - spytał pan Mietek.
Młody wiedział doskonale, że pana Mietka to gówno obchodziło.
- Gówno mnie to obchodzi! - kontynuował właściciel cedząc przez zęby- Wypierdalaj z mojej kawiarenki i żebym cię tutaj więcej nie widział!
Pan Mietek puścił Młodego i odszedł dwa kroki do tyłu pokazując jednocześnie mężczyźnie drzwi wyjściowe. Oczy wszystkich klientów skierowane był na Młodego. Chłopak czuł to nadzwyczaj wyraźnie. Szybko zerknął na blondyna, który natykając się na jego wzrok od razu z przestrachem opuścił głowę i wbił spojrzenie w niesamowicie ciekawe wzory wykładziny podłogowej.
- Dobra. - skwitował Młody i podszedł po swój plecak. Raz jeszcze spojrzał na blondyna. Chłopak prawie trząsł się ze strachu! Podniósł jednak głowę i popatrzył na Młodego pytającym wzrokiem. Wzruszył przy tym ramionami i pokręcił głową z bezgłośnym "Naprawdę nie wiem o co ci chodzi". Młody w ułamku sekundy zdał sobie sprawę ze swojej pomyłki. "No to ładnie. Idiotę z siebie zrobiłem. Cholera!" - przemknęło przez głowę. Westchnął, przerzucił plecak przez ramię i ruszył ku drzwiom. Zatrzymał się przy panu Mietku i spojrzał na niego zmieszanym wzrokiem. Facet stał z rękami założonymi na piersiach i patrzył na Młodego surowym wzrokiem.
- Przepraszam. - bąknął zawstydzony - Nie wiem co mnie opętało.
Pan Mietek nic nie odpowiedział tylko ruchem głowy ponownie pokazał mu drzwi. Młody skinął i zrobił kilka kroków w ich stronę. Zwolnił przy blondynie i powoli odwrócił się w jego stronę.
- Słuchaj. - wydukał zakłopotany - Przepraszam cię.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale wypuścił tylko cicho powietrze nosem i pokręcił z rezygnacją głową. Blondyn siedział na biurowym krześle, a na jego twarzy zatańczył czerwony kolor. Nie do końca rozumiejąc to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku minut przytaknął tylko i głośno przełknął kulę strachu, jaka do tej pory tkwiła w jego gardle.
Młody pchnął przeszklone drzwi i ruszył po schodkach na górę. Po chwili był już na ulicy i pozbywając się z umysłu poczucia wstydu ruszył przed siebie.
W kafejce pan Mietek podszedł do komputera, którego nie zdążył wyłączyć Młody. Położył pulchną dłoń na myszce i poruszając nią wyłączył wygaszacz. Obraz na ekranie monitora zatrząsł się przez chwilę, po czym oczom mężczyzny ukazał się czysty, zielony pulpit z podstawowymi ikonkami. Na samym jego środku wykwitł nagle niebieski kwadrat. Kursor zamigał na nim wesoło, po czym szybko zaczął drukować słowa.
"BUZI. MIAŁO BYĆ BUZI. GDZIE PIMPUŚ? TY BUZI? TY BRZYDKI. NIE CHCĘ BUZI BRZYDALU :(".
Pan Mietek otworzył szeroko oczy i podrapał się po głowie. Odwrócił się zdziwiony na środek kafejki i spojrzał na blondyna pytającym wzrokiem.
- O nie. Nic z tego! - mruknął pod nosem chłopak. Złapał swój plecak i wybiegł szybko z pomieszczenia.


Młody trzasnął drzwiami i rzucił na podłogę wszystko, co ze sobą przyniósł. "Co za cholerny dzień!" - zaklął w myślach. Na stercie rzuconych rzeczy wylądował plecak, gazety i wycofane przez redakcję teksty. Stwierdzili, że jego artykuły nie pójdą w tym miesiącu do druku, a jeśli nie poprawi się w pisaniu - to już nigdy nic nie wydrukują. Młody zdjął buty i ruszył do łazienki. Po chwili bawił się w obmywanie kibla strumieniem moczu. Z kurtki, którą zostawił w przedpokoju rozdzwoniła się jego komórka. Specjalny dzwonek - "Marsz imperium". Dzwonił ktoś z jego osobistej listy vip-ów.
- Kurwa! Kurwa! Kurwa mać! - zaklął zdenerwowany. Dosikał szybko do końca i wybiegł z łazienki z rozpiętymi spodniami. Imperium zdążyło już przemaszerować chyba całą galaktykę.
Młody wyszarpnął telefon z kieszeni kurtki i odebrał połączenie.
- Pan Jakub? - zapiszczał w głośniczku telefonu kobiecy głos.
- Tak. Słucham. - odparł Młody. Od razu poznał sekretarkę szefa.
- Pan Drzycimski życzy sobie, żeby jutro przed południem przyniósł pan swój ostatni tekst. Musi go pan jednak koniecznie poprawić tak, jak mówił panu szef. Nie ma nic do rubryki i jesteśmy, rozumie pan, postawieni pod ścianą. Ha, ha, ha! Szef powiedział, że ma nadzieję, że pan się postara i że to szansa, którą on panu daje. Dziękuję, do widzenia. - po tych słowach Młody usłyszał trzask słuchawki i jakiś głupi sygnał obwieszczający zakończenie połączenia.
- Do widzenia. - burknął chłopak.
Rzucił telefon na niepościelone łóżko, zapiął spodnie i ruszył z powrotem do łazienki umyć ręce.
Do północy zostało niecałe pięć godzin. Mógł pracować tylko do północy - później robił się zbyt senny i nic na to nie mógł poradzić. Nie pomagała ani kawa, ani żadne inne stymulanty. Niecałe pięć godzin na poprawienie tego zasranego artykułu, a jeśli go nie napisze tak jak trzeba - będzie mógł sobie szukać nowej pracy. Niech to diabli! Żeby mu chociaż dobrze płacili w tej redakcji! A tak - niecałe dwa tysiące brutto na miesiąc. Pismo "Modny mężczyzna" aspirowało do ekskluzywnego miesięcznika dla "młodych prężnych". Według Młodego nie reprezentowało żadnego, nawet najniższego poziomu. Cała masa głupot, na dodatek w większości absolutnie wyssanych z palca. Dział mody, dział modnej bielizny, dział modnych krawatów, dział modnych gadżetów, kulinaria dla modnych mężczyzn. Jak dla jakiegoś niespełna rozumu debila. Młody pytany przez kogokolwiek o to gdzie pracuje - odpowiadał jedynie, że w redakcji. Więcej nie mówił, bo najzwyczajniej w świecie się tego wstydził. Najdziwniejsze było to, że miesięcznik świetnie się sprzedawał. Każdego miesiąca sprzedawali coraz więcej egzemplarzy, a na następne półrocze szefostwo planowało kolejne zwiększenie nakładu. Ręce opadały Młodemu, gdy wyobraził sobie tą rzeszę wypranych z normalności "modnych mężczyzn".
Jego artykuły pojawiały się dziale muzycznym. Niby nie tak znowu najgorzej, ale musiał poziom muzyki dopasować do poziomu czytelników pisma, a to już wcale nie było takie ciekawe. Zupełnie jak na złość, w tym miesiącu musiał przedstawić zachęcającą recenzję nowego albumu jakiegoś pojękującego w rytm bossa novy gościa o pedalskim głosie. Zgroza.
Szybki posiłek i po kilkunastu minutach Młody już siedział przy klawiaturze swojego archaicznego komputera. Odnalazł plik z artykułem, a na swojej mini wieży włączył płytę, którą miał opisać. Wykasował blisko połowę tekstu, tak jak chciał tego Drzycimski. Z głośników popłynęły pierwsze takty debilnej muzyki.
- O matko! - jęknął Młody i ukrył twarz w dłoniach. Jeśli szybko nie upora się z tym tekstem to będzie skazany na słuchanie tego gówna przez następne godziny. Z oporem postawił kursor za ostatnim znakiem w tekście i zaczął pisać. O dziwo nie szło mu to wcale tak źle, jak się tego spodziewał. Ostatnio z coraz większą łatwością zaczynały mu wychodzić takie głupoty. Coraz łatwiej w jego głowie rodziły się idiotyzmy. To było bardzo smutne spostrzeżenie. Nie minęła godzina i tekst był gotowy. Młody z dumą rozparł się w fotelu. "Na szczęście szybko poszło." - pokrzepił się w myślach. Szybko wydrukował artykuł i jeszcze szybciej schował go do plecaka. Chciał jak najszybciej o nim zapomnieć.
Już miał wyłączyć komputer, gdy na samym środku ekranu pojawił się znajomy, niebieski kwadrat.
"BUZI. DAJ BUZI, PIMPUSIU :)"
Młody przetarł oczy i raz jeszcze spojrzał na ekran.
- Nie, nie, nie, to niemożliwe! - pokręcił głowa.
"BUZI BUZI BUZI BUZI BUZI BUZI PIMPUŚ. TY DAJ BUZI :)"
Mężczyzna zamknął oczy. W myślach tłumaczył sobie, że to jedynie efekt nadmiaru wrażeń. Po kilku sekundach był pewien, że gdy za chwilę spojrzy na ekran nic już na nim nie będzie. Wziął głęboki oddech i gwałtownie otworzył oczy. Na ekranie wciąż tkwił niebieski kwadrat, a na nim w słupku przewijał się jeden i ten sam wyraz.
"BUZI :)"
- Przecież to niemożliwe! - krzyknął Młody. Jego głos odbił się od ściany i zagłuszył na moment zawodzący wokal ambitnego młodego artysty płynący wciąż z głośników wieży, którą zapomniał wyłączyć.
Z niebieskiego ekranu zniknęły napisy. W lewym górnym rogu migał raźno kursor.
"PIMPUŚ BUZI :)" - litery ponownie wystrzeliły na ekranie.
- Chryste. - jęknął Młody. Jak to w ogóle możliwe? Przecież nie jest nawet podłączony do Internetu! Przez gniazdko zasilające?
Mody usiadł ostrożnie przy klawiaturze.
"DAJ MI SPOKÓJ" - wystukał szybko.
"DAJ MI BUZI :)" - natychmiast pojawiła się odpowiedź.
Młody prychnął lekko podenerwowany.
"KIM JESTEŚ?" - wpisał.
"BUZI DAJ PIMPUŚ :) JA KOCHAM CIĘ PIMPUŚ :)" - odpowiedział napis.
Młody pobladł. Był prawie pewien, że to jeden z tych pokręconych snów, po których budzisz się i wszystko dookoła wydaje ci się powykrzywiane i dziwne, a jednocześnie cieszysz się, że już nie śpisz.
Mężczyzna splótł dłonie na karku i oparł się na krześle. Jakim cudem to się pojawiło? Może złapał jakiegoś głupiego wirusa w tej kawiarence i przyniósł do domu? Może. Ale jak? Nie korzystał w kafejce ani z dyskietki, ani z niczego innego. W domu też nic nie podłączał do komputera. Na dłoniach raczej nie miał szans nic przynieść - aż tak daleko zaawansowani, póki co, hakerzy jeszcze nie są. Spróbował zamknąć system. Nic. Młody pochylił się i wyłączył wtyczkę komputera z gniazdka zasilającego. Obraz na ekranie monitora wygasł, lecz tuż przed zniknięciem ostatniej jasnej plamki rozbłysł na chwilę kłując go w oczy niebieskim kwadratem.
"BUZI PIMPUŚ DAM CI BUZI :)"
Młody odskoczył od biurka, przewracając przy tym krzesło, na którym siedział. Kwadrat przez moment świecił na ekranie i zaraz zamglił się i zniknął. W pokoju zapanowała cisza. Dopiero teraz Młody zorientował się, że wieża skończyła już odtwarzać płytę. Mężczyzna podrapał się po brodzie i wzruszył ramionami.
- Pochrzaniło mi się coś i tyle. - mruknął pod nosem. Postanowił wziąć kąpiel i spróbować zapomnieć o całym nienormalnym dniu.
Woda w wannie była już przygotowana. Dla oddechu po natchnionych wyciach nieszczęsnego "modnego wokalisty" Młody postanowił włączyć sobie coś normalnego. Przemknął palcami po płytach i zatrzymał się przy U2. "Może być" - pokrzepił się w myślach. Już po chwili popłynęły pierwsze takty muzyki.
Woda w wannie była gorąca. Dokładnie taką lubił. Relaksowało go to, gdy temperatura sprawiała, że niemal tracił przytomność w wannie. Przymknął oczy i na chwilę przysnął.
Przebudził się i usiadł zdezorientowany w wannie. Woda wystygła i zrobiła się letnia. Z pokoju dobiegał zapętlony fragment piosenki.
"Kiss me." cyk! "Kiss me." cyk! "Kiss me." cyk.
Bono skazany był na męczarnie spowodowane skaczącą płytą.
Coś przemknęło po lustrze nad wanną, tuż przed oczami Młodego. Chłopak przyjrzał się temu miejscu. Na szybie lustra migało jakieś światełko. Skąd tutaj coś takiego? Przetarł oczy i przypatrzył się uważnie. W ułamku sekundy zorientował się, że zna to "światełko". Zna je nawet zbyt dobrze. Widział je tego dnia kilkukrotnie.
"DAJ BUZI :)" - głosił świecący napis. Jego łazienkowe lustro było teraz ekranem? Niedorzeczność. To zakrawało na wariactwo.
Bono odblokował się nagle i pociągnął utwór dalej.
"Oh, no - dont`t be shy."
Światełko na lustrze gdzieś zniknęło.
- Przywidzenie! - stęknął Młody przenosząc wzrok na swoje stopy, pomarszczone od zbyt długiej kąpieli - Zwykłe przywidzenie. Za bardzo wziąłem to sobie do serca. Teraz będzie za mną chodzić, cholera.
Mężczyzna pokręcił głową, po czym wyszedł z wanny. Nie miał ochoty już niczym się zajmować. Jedyne, czego chciał - to iść spać.

Leżał wyciągnięty na łóżku, do połowy przykryty lekką kołdrą. Powieki powoli zaczynały mu ciążyć i czuł, że sen zbliża się do niego coraz bardziej z każdą kolejną sekundą. Skurcze nóg oznajmiały, że niewiele dzieli go od zaśnięcia. Jeszcze tylko chwila. Jeszcze jedno muśnięcie znużenia. Odgłos tykających wskazówek budzika powoli cichł i odpływał daleko, poza sferę odczuć Młodego. "Tik-tak-tik-tak" pobrzmiewało jeszcze spadając w niekończącą się studnię i w końcu zamilkło.
Młody znalazł się przed szklaną taflą. Za nim nie było nic. Sama przestrzeń. Powierzchnia zdawała się lekko falować. Wyginała się powoli, lubieżnie i miarowo. Małe błyski co pewien czas przemykały z góry tafli na jej dół. Migotliwe smugi wesoło przeskakiwały między szklanymi falami. Światełka zaczęły w pewnym momencie zlewać się ze sobą. Powoli tworzyły kształty, które na chwilę scalały się, lecz nie osiągając celu - na nowo rozpadały. Młody przyglądał im się z zaciekawieniem. To było nawet zabawne. Te próby malutkich lusterek. Najzabawniejsze jednak było to, że dokładnie wiedział co stanie się za chwilę. Wiedział do czego zmierzają te wszystkie światełka. W jakiś sposób pojmował to wszystko, co się przed nim rozgrywało. I podobało mu się to. Uśmiechał się, a po kilku chwilach śmiał się już na głos.
Małe świetliste punkciki zbiły się w gromady, które wirując i dygocząc zaczęły układać się w litery. Z początku sprawiające wrażenie rozmytych powoli wyostrzały się. Młody mógł już odczytać całe słowa.
- BUZI PIMPUŚ DAJ BUZI :) - przeczytał na szkle i uśmiechnął się.
Położył dłoń na tafli i przesunął nią delikatnie po napisie. Wyrazy rozmyły się i ułożyły ponownie - tym razem w słowa, które znał bardzo dobrze. Pielęgnował je w swoim umyśle i nigdy o nich nie zapominał. Nowo ułożone litery sprawiły, że Młodemu drgnęły oczy.
- POCAŁUJ MNIE, MÓJ KOCHANY. - głosił napis.
Mężczyzna poczuł, jak z oczu płyną mu łzy. Przez całe jego ciało przeszła łagodna fala przyjemnego ciepła. Ciepła, które doskonale znał i za którym tak bardzo tęsknił. Ciepła, którego nie doświadczył od bardzo dawna. Ściana szkła zafalowała mocniej. Kolejne światełka ułożyły się pod poprzednimi.
- JA KOCHAM CIĘ PIMPUŚ:)
Napis rozmył się i tak jak wcześniej przeistoczył w kolejny.
- KOCHAM CIĘ, MÓJ DROGI.
Kolejna fala łez wypłynęła z kącików oczu Młodego. Przylgnął do tafli szła i wtulił policzek w napisy. Świetliste kształty skupiły się przy nim i otuliły go czule. Poczuł na sobie ciepło ich dotyku. Jej dotyku.
- Moje kochanie. - szepnął osuwając się na kolana.
Zrozumiał nareszcie wszystko. Teraz nie liczyło się już nic więcej. Tylko te słowa, które miał okazję poczuć po tak długiej rozłące. Zostanie tu na zawsze, we śnie. Nikt go stąd nie wyciągnie. Żadną siłą. Mężczyzna spróbował chwycić się ściany. Szkło ustąpiło pod jego dotykiem. Pozwoliło mu się objąć. Wtulił się w nie z całej siły. Czuł ciepło i spokój. Czuł miłość. Kształt, który obejmował, lekko odchylił się do tyłu. Górna część, wciąż falując, powoli przybierała doskonale znajomy mu wygląd. To jej twarz. To naprawdę ona! Jej usta! Jej policzki! Jej włosy! To naprawdę była ona. Uśmiechała się do niego, trzymając dłonie na jego ramionach.
- Kocham cię. - wyszeptał przez łzy.
Jej usta uśmiechnęły się dokładnie tym uśmiechem, który zapamiętał, za który ją pokochał. Szklany szept odpowiedział cicho. Nareszcie razem. Wreszcie jest przy nim ponownie.
Usta nachyliły się nad nim i połaskotały jego nos. Po chwili Młody pogrążył się w szklanym pocałunku.




Mihaugal [ mihaugal@wp.pl ]
 
Wilk Biały


Dołączył: 23 Cze 2026
Posty: 1
Wysłany: 2026-06-23, 13:15   

Cytat:
Anonim ::: Pętla
Bob Stamford z westchnieniem ulgi napił się zimnej coli, którą przyniosła uśmiechająca się mechanicznie stewardesa. Pohamował się, aby nie spojrzeć na nią, gdy odchodziła ponętnie kołysząc biodrami. Gdy niebiesko ubrana piękność znikła już z ekranu radarów Stamford pokręcił w zamyśleniu głową.
Stewardesy linii ,,Air-Comet” były chyba specjalnie ubierane w przyciasne mundurki. Bob podejrzewał, że to sprawka specjalistów od marketingu. Kto inny wymyśliłby, że siłą przyciągającą klientów do firmy może być magnetyzm?
Gdy na horyzoncie pojawiła się kolejna uśmiechnięta, niebiesko odziana postać Stamford szybko odwrócił wzrok w stronę okna. Westchnął. Dlaczego wybrał akurat te linię? No tak. To nie on wybierał.
Nie miał nic przeciwko kobietom, ale to była już przesada. Poza tym musiał mieć dzisiaj czysty umysł. Leciał w bardzo ważnej misji. Z roztargnieniem popatrzył za okno, gdzie w dole, pomiędzy puszystymi chmurami przesuwały się tereny Niemiec. Spróbował sobie przypomnieć dlaczego zgodził się brać udział w tej wariackiej misji. Przymknął oczy.
Jeszcze niespełna trzynaście godzin temu Bob siedział w swoim gabinecie na uniwersytecie w Harvardzie i przygotowywał się do wykładu. Gdy podszedł do lustra, aby poprawić sobie krawat drzwi otworzyły się i weszła jego sekretarka.
- Panie Profesorze, pilna wiadomość dla pana.
- Połóż na biurku, Anno. Dobrze wyglądam?
Anna, młoda dziewczyna z Polski przyjrzała mu się krytycznie. Bob był tryskającym energią trzydziestolatkiem. Nienaganna fryzura i krótka broda nadawały jego młodzieńczej jeszcze twarzy poważny wygląd czterdziestoletniego profesora z długim stażem. Efekt ten pogłębiała jeszcze szara marynarka i spodnie.
Anna przybliżyła się do niego i szybkim ruchem poprawiła czerwony krawat. Jeszcze raz się cofnęła a baczne spojrzenie jej niebieskich oczu skanowało profesora od stóp do głów. Po chwili jej twarz się wygładziła i pojawił się na niej uśmiech.
- Znakomicie, Panie profesorze- powiedziała- Teraz studenci poczują respekt.
Bob zaśmiał się.
- Żeby to tylko od tego zależało...
Anna puściła do niego oko.
- Przynajmniej podoba się pan studentkom- Rzekła- Słyszałam jak szczebiotały na korytarzu.
Mrugnęła zawadiacko i śmiejąc się z ogłupiałej miny Stamforda wyszła z sali. Profesor tymczasem pokręcił głowom z niedowierzaniem i popatrzył na zegarek. Miał jeszcze piętnaście minut czasu. Świetnie. Akurat będzie mógł dopić kawę i przeczytać ten tajemniczy list, który leżał na jego biurku.
Prawdę mówiąc Bob był mocno zdziwiony pojawieniem się listu. W dobie poczty elektronicznej nikt prawie już ich nie wysyłał. A przynajmniej do niego. Ostatni list dostał w wieku lat dziesięciu i o ile sobie przypominał były to życzenia urodzinowe od jego ciotki Muriel z Anglii. Stamford podszedł do biurka i z podręcznego zasobnika uniwersalnego wyjął nóż do papieru. Potem zerknął na kopertę. Gdy spojrzał na nadawcę ogarnęła go wzmożona ciekawość i zdumienie, gdyż list wysłano z Polski i to zaledwie dwa dni temu.
Szybko uporał się z papierową kopertą. Gdy przechylił kopertę na rękę wypadł mu list oraz bilet lotniczy. Profesor zmarszczył brwi i odłożył go na biurko. Potem rozłożył list. Pochyłe, dbałe litery napisane w poprawną angielszczyzną okładały się w słowa, a profesor czytał. Im bardziej czytał, tym bardziej był zaaferowany.
Gdy pięć minut później wybiegał z gabinetu zatrzymał się tylko po to, aby odwołać wszystkie swoje zajęcia w przeciągu następnych dwóch tygodni.
Pół godziny później startował samolotem do Polski.

***

- Halo? Proszę pana? Przepraszam, że pana budzę, ale niedługo będziemy lądować.
- Co?- Stamford otworzył oczy.- Ja spałem?
Uśmiechnięta stewardesa zrobiła zdziwioną minę.
- Jak można spać i nawet o tym nie wiedzieć? Chrapie pan od ponad czterdziestu minut.
- Ja chrapię? O, to przepraszam...
Brunetka mrugnęła do niego zalotnie.
- Nam nic to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Ja na przykład chętnie usłyszałabym to chrapanie raz jeszcze...
-Eee...Dziękuję. Może następnym razem- Odparł zmieszany profesor obiecując sobie, że w drogę powrotną poleci LOTem.
- Och, z radością powitamy pana znowu na pokładzie- uśmiechnęła się stewardesa i odeszła aby zająć się wymiotującym dziewięciolatkiem.
Zdecydowanie, przesadzają. Pomyślał profesor i rozglądną się po jego części samolotu. W istocie. Panował wzmożony ruch jaki zawsze charakteryzuje ludzi tuż przed wysiadką z jakiegokolwiek pojazdu. Stamford jednak, który oprócz małej, podróżnej torby, która wniósł do samolotu nie miał nic i nie musiał się martwić...Przynajmniej nie tym.
Z kieszeni flanelowej koszuli w którą był ubrany wyjął pomięty list i raz jeszcze go przeczytał.
List był właściwie zaproszeniem do Polski przez Prof. Geologii Michała Nowickiego, który obejmował katedrę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W liście snuł mgliste aluzje co do tajnej misji, którą mieliby prowadzić razem. Niestety, ani co to za misja, ani gdzie dokładnie ma się ona odbywać powiedziane nie było, ale już samo to, że list dotarł do Boba w dwa dni było na tyle zdumiewające, że profesor rzucił wszystko i czym prędzej wsiadł w samolot.
Teraz, gdy pierwsze podniecenie wygasło i zaczął zastanawiać się nad swoją decyzją pojawiły się wątpliwości.
Być może to jest żart? Ile razy słyszał o podobnych przypadkach, gdzie studenci wycinali swym profesorom takie kawały...Po dogłębnym zanalizowaniu tego problemu uznał jednak, że uczniowie zbytnio go lubią, aby zrobić mu coś takiego.
Poza tym który z nich traciłby jeszcze pieniądze na bilet? Wręcz przeciwnie. Z pewnością chcieliby, aby sam go sobie kupił.
Jedynym powodem, dla którego mogliby cos takiego zrobić było to, że zapowiedział im na dzisiaj trudny sprawdzian. Ale dlaczego mieliby go wysyłać do Europy? Nie. To z pewnością nie może być kawał.
Rzecz jasna jego koledzy byli już bardziej skorzy do tego typu dowcipów. Profesor uśmiechnął się myśląc o tych ,,pogromcach studentów”, którzy w swych garniturach siali postrach wśród swych uczniów, a którzy po godzinach zachowywali się jeszcze bardziej dziecinnie od nich. Taak...Oni mogli by coś takiego zrobić szydząc z jego łatwowierności i fanatyzmu do dziwnych zjawisk i misji.
Najgorsze było to, że w ich szyderstwach tkwiło ziarnko prawdy...No, dobra nie ziarnko. Kamień.
Normalny profesor nigdy by nie rzucił wszystkiego dla jakiegoś mglistego listu tylko dlatego, że drzemie w nim tajemnica. Stamford natomiast bez namysłu pognał przed siebie. Nie pasowało to, do poważnego profesora Astronomii, ale cóż, taki był i nic już tego nie zmieni. Zwłaszcza, jeśli brać pod uwagę to, że to dzięki swojemu zapałowi dostał się na studia, a potem przyjął katedrę na Harwardzie.
Do licha! Jeśli nikt nie będzie czekał na niego na lotnisku, to zawsze może przecież zawrócić! Najwyżej wyda parę dolców więcej.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu i w tym momencie ożyły głośniki z których wydobył się szorstki głos pilota:
- Panie i Panowie proszę zapiąć pasy. Podchodzimy do lądowania w Krakowskim porcie lotniczym- Balice. Życzę miłych wrażeń z królewskiego miasta i zapraszam ponownie na pokłady samolotów naszej linii!
- Taa...Na pewno skorzystam- mruknął profesor zapinając pas.

***

Trzydzieści minut później stał już w wielkiej hali Krakowskiego lotniska w Balicach rozglądając się w około.
Terminal nie zrobił na nim żadnego wrażenia, choć wedle tego, co przeczytał na jakiejś ulotce był całkowicie odnowiony i powiększony, aby dostosować się do wymogów współczesnego świata.
Bob uśmiechną się z przekąsem, gdy pomyślał, że być może Wawel, którym Polacy tak się szczycą okaże się malutkim, obskurnym zameczkiem. Miał nadzieje, że nie. Od małego pasjonowały go takie budowle i miał nadzieję pozwiedzać.
Na razie jednak musiał się stąd wydostać a nikogo, kto by na niego czekał nie było widać. Pozwolił więc porwać się tłumowi i wyszedł głównym wyjściem.
Kraków powitał go słoneczną pogodą. Było gorąco, czemu trudno się było dziwić w drugiej pod koniec czerwca.
Stanął niepewnie na chodniku mrużąc oczy i przeklinając się w duchu, że nie zabrał okularów przeciwsłonecznych.
- Welcome, to Poland, mister Stamford.- Odezwał sie nagle jakiś głos z jego prawej strony.
Zaskoczony profesor prawie podskoczył. Obok niego stał krępy jegomość o spoconej twarzy ocierając twarz chusteczką.
- Dzień dobry- Przywitał się grzecznie- Pan profesor Nowicki?
- Nie, nie- zaśmiał się jegomość- Profesor czeka na pana w swoim prywatnym gabinecie, w śródmieściu. Ja mam tylko pana tam zawieść.
Stamford dał sobie odebrać torbę i podążył za krępym człowiekiem na parking, gdzie czekał na nich czarny mercedes z szoferem.
Jak się okazało ociekający potem człowiek miał być jego przewodnikiem po Krakowie, I to przewodnikiem ekspresowym, gdyż mimo próśb Stamforda nie mogli się nigdzie zatrzymać. Rozporządzenie profesora Nowickiego było jasne: Dojechać jak najszybciej na miejsce .
Mimo to udało mu się zobaczyć Wawel ( i natychmiast powstydził się swojej opinii o ,,małym zameczku) a jego przewodnik zasypywał go takimi ilościami informacji, że większość z nich wlatywała Bobowi jednym uchem, a wylatywała drugim. Czuł się jak student i postanowił, że gdy cała ta afera się skończy przyjedzie tu na długie wakacje.
Gdy przyjechali pod kamienice w której mieściło się mieszkanie Profesora Nowickiego Stamford czuł jakby pod czaszką buzowało mu stado szerszeni a jego przewodnik łagodnym głosem oświadczył, że to co wie, to zaledwie pięć procent tego, co powinien wiedzieć o Krakowie.
Mercedes stanął na małej, wąskiej uliczce zwanej ulicą św.Jana. Stamford z wdzięcznością powitał przyjemny chłodek bijący od grubych, kamiennych murów. On i jego przewodnik, który- jak dowiedział się Bob miał na imię Artur podążyli w górę schodami, aż na drugie piętro. Po drodze profesor zaciekawiony spoglądał w okna, ciekaw jakie zabytki znajdzie.
Wreszcie stanęli przed wielkimi, drewnianymi drzwiami. Artur nacisnął przycisk i rozległ się donośny sygnał dzwonka.
Po chwili usłyszeli kroki i drzwi się otwarły. Stamford zachłysnął się ze zdumienia. Przed nim w drzwiach stała najpiękniejsza kobieta jaką widział kiedykolwiek. Miała długie, ciemne włosy, brązowe oczy i wystające gości policzkowe. Gdy się uśmiechnęła Stamford poczuł, że coś w nim pęka. Coś się wali. Stał tak wpatrzony w to anielskie oblicze, które przemówiło- ku zdumieniu Boba- z najczystszym angielskim akcentem.
- Witamy, Profesorze Stamford- powiedziała- Proszę wejść... Arturze, dziękujemy Ci za pomoc.
- Nie ma za co, Agnieszko, nie ma za co- odrzekł Artur kłaniając się elegancko.- Jeślibym się na coś przydał, to będę w swoim mieszkaniu. Do widzenia, profesorze.
- Och, do widzenia- odrzekł Bob- I dziękuję za lekcję.
Gdy Artur zszedł schodami na dół Bob wszedł do mieszkania i jeszcze raz oniemiał. Mieszkanie urządzone było w starym stylu. Drewniane parkiety, drzwi, parapety... Na prawo od wejścia znajdowała się wielka kuchnia w której na środku stał olbrzymi, dębowy stół. Na ścianach tykały zegary. Stamford oniemiały patrzył na to wszystko i nagle jego amerykańskie mieszkanie wydało mu się płaskie i nieciekawe.
Na żelaznym wieszaku powiesił koszulę a na nogi dostał puchate pantofle. Różowe- stwierdził z uśmiechem.
Tymczasem Agnieszka poprowadziła go do jednego z pokoi oświetlonego blaskiem słońca. Bod ścianami stały regały z tysiącami książek, a w koncie stał wielki, trzymetrowy zegar. Przed oknem, odwrócony do niego tyłem siedział przy biurku profesor Nowicki (teraz Bob nie miał już żadnych wątpliwości, że to jest on) uśmiechając się łagodnie do przybysza. Był on lekko siwiejącym już mężczyzną koło pięćdziesiątki. Ubrany był w białą koszulę i jeansy. W pogodnej twarzy, błyszczała para niebieskich oczu. Gdy jego podniósł wzrok na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.
- Witam kolegę- odezwał się po angielsku donośnym głosem- Jestem Michał Nowicki, a moją siostrzenicę, Agnieszkę zdążył już Pan poznać- rzekł wskazując na dziewczynę, która zarumieniła się nagle i dygnęła.
- Dzień dobry, profesorze- Skłonił się Stamford- To zaszczyt gościć u tak zacnego naukowca, jak pan.
- Niech pan nie przesadza.- Uśmiechnął się Nowicki- Jeden Nobel w tą, jeden w tamtą...Co to za różnica?
- Nie...Żadna- zaśmiał się Bob biorąc zimny napój z tacy, którą przyniosła Agnieszka- Dziękuję- powiedział po Polsku
Chwilę później siedzieli już na miękkich fotelach naprzeciw siebie popijając zmrożony sok.
- Ale, ale... Nie jesteśmy tutaj, aby gadać o swoich osiągnięciach- Spoważniał nagle Pan Michał- Normalnie zaprosiłbym Pana na kilka dni do mojego dworu za miastem, lecz sprawa, dla której pana wezwałem jest najwyższej wagi. Dlatego też nie można było jej załatwić ani przez Internet, ani w jakikolwiek inny sposób. Wyznaczyłem na miejsce spotkania moje mieszkanie nieprzypadkowo. Tu nikt nas nie podsłucha.
Zaniepokojony Bob wyprostował się w fotelu. Napięcie sięgnęło granic.
- Sprawa jest delikatna- Mówił dalej Nowicki- Dotyczy bezpieczeństwa narodowego...Właściwie dotyczy całego świata.- Nieświadomie ściszył głos do szeptu- Jak panu zapewne wiadomo w roku 1908, a dokładnie 30 czerwca w ziemie uderzył nieznany obiekt, który spowodował zniszczenie lasów w promieniu 40 kilometrów od miejsca upadku. Zdarzenie to nazwano katastrofą Tunguską i po dziś dzień nie wiadomo co się dokładnie tam stało. Wysłano wiele ekspedycji, wysnuto wiele hipotez dotyczących tego zdarzenia, lecz żadnej nie udowodniono w stu procentach.
- Tak, -przerwał Stamford- ale najprawdopodobniejsze zdarzenie jest takie, że uderzył w nas bolid, który...
- Który wybuchł w powietrzu na pewnej wysokości, tak, wiem- Przerwał mu zniecierpliwiony Nowicki- Ale ta hipoteza może zostać obalona już niedługo...
- Proszę?
- Otóż, mój przyjacielu zdaje się, że znaleźliśmy ten obiekt- Oświadczył dumnie Nowicki
- Co to za obiekt? Jedziemy tam?
- Co to za obiekt nie wiem, gdyż mnie zwerbował profesor Aleksander Łukanienko, Znany Archeolog. Jest już na miejscu i dowodzi grupą, która to odkopała. Kiedy mnie zawiadomił nie wiedział jeszcze co to jest, gdyż było za bardzo zakopane, a nie mogli oczywiście odkopać szybciej bojąc się, że coś uszkodzą. W każdym razie, gdy Łukanienko do mnie dzwonił powiedział mi tylko jedno: ,,To nie jest skała”. Polecił mi odszukać Ciebie, gdyż podobno takie dziwne zjawiska to twoja specjalizacja i przybyć na miejsce jak najszybciej. Do tego czasu pewnie będzie wiedział co odkopał. Rzecz utrzymujemy w tajemnicy z obawą przed prasa i rządami państw. Najbardziej boimy się rządy Rosyjskiego, ale jak na razie nikt nie węszy.
Przemówienie Michała sprawiło, że pomimo zainstalowanej w mieszkaniu klimatyzacji Bob zaczął się pocić.
- A więc...- Zaczął.
- Tak- Odparł Nowicki- Jutro lecimy do Rosji.

***



Do Rosji polecieli helikopterem, jako że w miejscu wykopalisk nie było lotniska, ani nawet terenu, na którym dawałoby się wylądować samolotem.
Wystartowali oczywiście z Balic, gdzie Nowicki trzymał swoją prywatną maszynę. Agnieszka towarzyszyła im aż do samego odlotu i wylewnie pożegnała Stamforda, z którym zdążyła się już blisko zaprzyjaźnić. I raz jeszcze Bob przyrzekł sobie, że gdy to wszystko się skończy przyjedzie do Krakowa na bardzo długie wakacje.
Prawie całą drogę profesor przespał odsypiając noc w czasie której wybrali się wszyscy troje pozwiedzać Kraków. Szczerze mówiąc Stamford dalej nie mógł się otrząsnąć po tej przechadzce.
Będąc rodowitym Amerykaninem jego nocne doświadczenia z miastami opierały się tylko na oglądaniu panoramy NowegoYorku, czy też Miami.
Z podróżami nie miał wielkiego doświadczenia. W swoim zabieganym życiu zdążył zwiedzić tylko takie miasta jak Tokio, Rio de Janeiro czy też Sydney. Pobyt w Polsce był jego pierwszym zetknięciem się z Europą i - jak sobie obiecywał – nie ostatnim. Żadne z miast w których bywał nie wywarło na nim takiego wrażenia jak Kraków.
To miasto, choć małe i niepozorne na mapach miało duszę. Gdy ostatniego wieczoru przechadzał się po śródmieściu natychmiast poddał się jego nastrojowi. Potem, gdy koło czwartej wrócili do domu Stamford zaproponował, że znajdzie sobie jakiś hotel, lecz Nowicki nawet nie chciał o tym słyszeć. Zakwaterował go w jednym z pięciu pokoi, zaraz koło pokoju Agnieszki.
Gdy Michał znużony poszedł spać, Bob i Aga długo jeszcze siedzieli przy stole i sącząc lemoniadę grali w Scrabble. Nowicki powiedział mu, że będzie jeszcze tego żałował, lecz teraz, gdy lecieli czarnym helikopterem, a profesor zasypiał na swoim siedzeniu pomyślał z rozkoszą, że ani nie żałuje, ani nigdy nie będzie żałował tamtych chwil.
Zanim zasnął zdążył jeszcze pomyśleć, że zasypanie w powietrznych środkach transportu staje się już chyba dla niego mała tradycją.

***



Obudził go wstrząs. Chciał zerwać się z fotela, jednak przytrzymały go mocne pasy. Przed sobą zobaczył uśmiechniętą twarz Nowickiego.
- Jesteśmy na miejscu, Panie kolego!
Stamford wyjrzał przez małe okienko. Gdzie tylko nie spojrzał był las. Gęsta tajga. Próżno doszukiwać się by było oznak dawnego kataklizmu jaki wstrząsnął tym regionem ponad sto lat temu. Dzisiaj- w roku 2011 wszystko na powrót zarosło gęstą, młodą roślinnością.
Śmigłowiec stał na sporej polanie powstałej po wycinaniu drzew, których pnie spoczywały teraz pod ścianą lasu.
Kiedy Bob się rozglądał Nowicki wyplątał się z pasów i biorąc swa torbę na ramię pospieszał Stamforda.
Profesor chętnie by sobie jeszcze pospał, zwłaszcza, że śnił mu się przepiękny sen o Agnieszce, lecz chcąc nie chcąc musiał podążyć za swym towarzyszem.
Gdy wysiedli ze śmigłowca owinął ich chłodny powiew wiatru. Tu- na Syberii lata nie należały do najgorętszych. Wdziewając kurtkę Stamford dziękował w duszy Bogu, że wszędzie naokoło rosły lasy, które przynajmniej częściowo dawały osłonę od wiatru.
od strony małego wzgórza wznoszącego się na polanie nadchodziło parę postaci. Najwyższa z nich okazała się profesorem Łukanienką- chudym mężczyzną koło czterdziestki z długimi włosami i poplątaną brodą nadająca twarzy dziki wygląd.
Gdy się zbliżył rozłożył ręce szeroko w geście powitania.
- Profesor Nowicki i Profesor Stamford! Jak dobrze was widzieć! Czekałem z utęsknieniem.
Mężczyźni podali sobie dłonie witając się uprzejmie.
- Liczymy na to, że obiekt, czymkolwiek on jest, został już wykopany. – Odezwał się Nowicki.
- Ależ oczywiście.- Odparł Łukanienko- Chodźcie panowie za mną.
Odwrócił się i szybkim krokiem zaczął iść w kierunku wzgórza.
Gdy szli we trójkę grzęznąc w błocie i potykając się o korzenie i liczne kamienie doszedł ich dobywający się zza wzgórza warkot maszyn.
- Musimy działać szybko- Mówił Łukanienka- Rząd depcze nam po piętach chcąc objąć to wszystko tajemnicą. Nie wiem do czego mogą się posunąć dowodzący. Niektórzy są naprawdę nieobliczalni. Myślę, że jeszcze nas nie namierzyli, gdyż stosujemy wszelkie znane środki maskujące. Samoloty nas nie odnajdą w tych lasach, a szpiegowskie satelity zagłuszamy. Jednak martwię się, że wkrótce znajdą jakiś sposób, aby nas znaleźć a wiem, że zrobią wszystko co w ich mocy, aby świat przez najbliższe sto, czy nawet dwieście lat nie dowiedział się o tym odkryciu.
Z wykopaniem jeszcze nie problem, ale będzie on, gdy będziemy musieli przetransportować obiekt w bezpieczne miejsce. Na oko waży paręset ton...
- Paręset ton?!- Wykrzyknął z niedowierzaniem Stamford- Przecież to niemożliwe! Obiekt o takiej masie musiałby przy zderzeniu zniszczyć przynajmniej Europę, a ziemie ogarnęła by poimpaktowa zima! Musiał się Pan pomylić w rachunkach.
Łukanienko tylko się uśmiechnął.
- On ma rację- Rzekł Nowicki- Ten obiekt musiałby być....Musiałby...By...
Przerwał, gdy nagle stanęli na szczycie wzgórza a to, co się za nim kryło mogli obejrzeć w całej krasie.
Stamford nagle zachwiał się na nogach, a Nowicki pobladł nagle i wytrzeszczył oczy.
Po chwili wyksztusił tylko:
- Boże...
- W istocie.- Uśmiechnął się Łukanienka- W istocie...
Przed nimi cztery koparki pracowały powoli usuwając ziemię z wykopu, w którym do połowy zakopany, odbijając nikłe, ledwo przedzierające się przez chmury promienie słoneczne, był pojazd. Inaczej tego nie można było nazwać. Wehikuł.
Był owalnego kształtu, z jednym bokiem wydłużonym, na którym błyszczał rząd okien zapewnie z kabiny pilotażowej. Kadłub wyglądał trochę jak stary garbus, gdyby się nań patrzyło z boku. Tył miał jakby poszarpany. Po pancerzu biegła szczelina w kształcie błyskawicy ciągnąc się od poszarpanej części w górę mniej więcej do środka pojazdu.
Nie można było zobaczyć spodniej części, gdyż była ona jeszcze zakopana.
W około położono deski, aby ludzie, którzy krzątali się w około nie zapadali się w błocie.
Panującą ciszę przerwał Nowicki:
- A więc to...to...to?- zapytał słabym głosem.
- Tak, jak widzisz, Profesorze. Paręset tonowe bydlę, które przyleciało tutaj niewiadomo skąd i rozbiło się. – Odparł Łukanienka- Oto ma Pan przed oczami prawdziwy meteoryt tunguski. A teraz zapraszam bliżej. Odkopaliśmy dzisiaj wejście. Mam ochotę tam wejść, lecz niestety nie da się otworzyć grodzi, a ja nie chce tego niszczyć. Może któryś z Panów będzie miał jakiś pomysł. Szczególnie liczę tu na Pana Stamforda.
Aleksander sprężystym krokiem wznowił marsz, a oni ślizgając się i potykając ruszyli dalej oszołomieni.
- Mnie też na początku nie chciało się wierzyć,- Powiedział Łukanienko- ale nie miałem wyboru. Zobaczyć znaczy uwierzyć, jak to niektórzy mówią. Teraz Panowie rozumieją, dlaczego rząd chcę zatuszować całą sprawę. Nie wiedzą co to, ale myślę, że podsłuchali naszą rozmowę telefoniczną, Panie Nowicki, a gdy usłyszeli co znalazłem od razu mogli dośpiewać sobie resztę. Cieszę się, że nie powiedziałem Panu wtedy gdzie się dokładnie znajdujemy! To by była tragedia, bowiem tak naprawdę nasza pozycja to ponad dwadzieścia kilometrów od rzekomego epicentrum katastrofy. Zanim władze zorientują się co się tak naprawdę dzieje i gdzie my już będziemy daleko, a świat dowie się, że nie jesteśmy sami w kosmosie.
- Skąd ma Pan pewność, że pojazd należy do obcych? – Zapytał Stamford.
- Cóż, nie mam. – Zaśmiał się Łukanienka- Ale jest to wielce prawdopodobne, zwłaszcza, że ani teraz, ani w tym bardziej w roku 1908 nikt z planety Ziemia nie dysponował taką techniką. Możemy więc śmiało przypuszczać, że pojazd należy do obcych, prawda?
- Właściwie, to tak- Odparł Stamford- Ale jeśli jest tak, jak Pan mówi, to może okazać się, że po wejściu do środka tamtejsza atmosfera nas zabije. Nie wiemy, czym oddychają obcy. Poza tym, myślę, ze napotkamy się tam na ciała...Hmm...Pilotów, i nie wiadomo znów co one wydzielają.
- O tym pomyślałem- Zapewnił Łukanienka- Gdy tylko otworzymy przejście wepchniemy najpierw tam robota, który zbada skład atmosfery w poszczególnych przedziałach. Jeśli coś będzie nie tak, to zastosujemy specjalne kombinezony. A nawet gdyby coś się komuś z nas przydarzyło, to mam na podorędziu wykwalifikowanych lekarzy i centrum medyczne w jednym z baraków, więc proszę się nie bać. Na razie musimy bardziej się martwić o to, czy w ogóle uda nam się tam wejść.
Stamford tylko mruknął coś z powątpiewaniem.
Gdy przybliżyli się do pojazdu okazało się, że wykonany jest on z ciemnego, gładkiego metalu. Nowicki z wahaniem położył rękę na grodzi.
- Zimne- Oświadczył- Za zimne. Nawet, jak na tutejsze warunki.
Następnie pochylił się do przodu i uważnie przyjrzał ciemnemu pasowi przebiegającemu dokładnie pośrodku grodzi.
- Nie widać szpary. Drzwi prawdopodobnie są rozsuwane, lecz nie widać miejsca ich styku. Niezwykłe.
- Powiem panu, co jest jeszcze bardziej niezwykłe.- Rzekł Łukanienko- Metal z którego wykonany jest kadłub jest prawie nie do zniszczenia. Musieliśmy prażyć go laserem przez dwie godziny, aby w miejscu padania wiązki podniósł swoją temperaturę o dwa stopnie, a laser, który tu przetransportowałem należy do najpotężniejszych na świecie. Aby go zniszczyć musiałbym przyciągnąć tu chyba ze dwie tony trotylu! I szczerze powiedziawszy zastanawiałem się, czy by tego nie zrobić...Profesorze Stamford, co pan u licha wyprawia?
Bob ukląkł i nie zważając na błoto począł rozkopywać glinę tuż przy kadłubie.
- Tam jest coś napisane.- Powiedział.
- Słucham? – Łukanienka nie krył zdumienia – Gdzie?
- Tutaj- Pokazał Stamford. – Wygląda jak fragment ludzkiej litery ,,W”.
- Nie, to nie możliwe- Zaśmiał się Nowicki.- Nie ludzki alfabet. Ale, rzeczywiście cos tam jest.
- Hej, tam!- Wykrzyknął Łukanienka- Dawać mi tu zaraz łopaty!
Chwilę później rujka naukowców w milczeniu kopała w błocie brudząc się coraz bardziej. Wreszcie Stamford otarł ubłoconą twarz z potu i odetchnął głęboko.
- No, to chyba wystarczy.- Rzekł- Teraz przyjrzyjmy się napisowi.
Podszedł do pojazdu i starł ręką resztki ziemi. Chwilę patrzył się na zdania nieprzytomnym wzrokiem, poczym cofnął się z cichym krzykiem.
Łukanienka wytrzeszczył oczy i ręką począł mierzwić sobie brodę. Nowicki tylko patrzył.
- Nie!...Nie...To jakieś...To niemożliwe!- Warknął Stamford- To absurd!
Spod resztek błota wytłoczony na metalu był napis:

Własność armii U.S.A i Rosyjskiej.

Waszyngton 2087r.

***



Trzech naukowców siedziało w błocie w milczeniu pijąc piwo. Słońce przedzierało się przez chmury padając co jakiś czas na pojazd. Odbijając się tworzyło tęczę.
- To nie ma sensu- Odezwał się wreszcie Nowicki- W 1908 nie było takiej technologii. Nie mogło być!
- Widziałeś datę- Odparł Stamford- 2087 rok.
- Co nie zaprzecza faktu, że spadł tutaj w 1908.- Stwierdził Łukanienka.
- Chce Pan powiedzieć, że pojazd przeniósł się w czasie? – Zapytał Bob
Łukanienka spojrzał na niego zniechęcony.
- A masz jakąś inną teorię?
- Tak- Warknął Bob- Mam. To wszystko jakiś głupi żart typu ,,ukryta kamera”, albo cos takiego. Wyciągnął mnie pan z Harwardu, gdzie pisałem pracę doktorską aby pokazać jakąś podpuchę.
Łukanienka syknął ze złości.
- Albo- Kontynuował Stamford- Wasz rząd o wszystkim wiedział i prawdziwy meteoryt zastąpił taką kukłą, bo chyba nie każe mi pan wierzyć, że to ufoludki robią sobie z nas jaja?
Łukanienka podniósł się wolno z błota. To samo zrobił Bob.
- Słuchaj, no, Amerykańcu- Wycedził Aleksander- Gdyby nie to, że cię wezwałem grzałbyś swój tyłek na fotelu oglądając beysball! Widziałeś napis? To twój rząd ponosi winę!
- Napis nic nie oznacza!- Wykrzyknął Bob czerwony na twarzy- Wszystko to jedna wielka Rosyjska podpucha! Chcą sobie zażartować z mojego kraju!
- Panowie, Panowie- Nowicki podniósł ręce w uspakajającym geście- Takie zachowanie nie polepsza sprawy....
Lecz nikt go nie słuchał.
Obaj rozgoryczeni panowie po rzuceniu w siebie kilku wyzwisk o jakie Nowicki by ich nie posądzał i to w trzech różnych językach rzucili się na siebie z pięściami i chwile później tarzali się już w błocie okładając się zawzięcie w milczeniu. Słychać było tylko głośne westchnienia i uderzenia.
Nowicki po pięciu minutach zrezygnował z próby ich uspokojenia i siadł z powrotem w błocie dopijając swoją butelkę piwa.
Obserwował ptaki. Zawsze lubił to robić. Podziwiał je za ich zwinność i swobodę z jaką poruszały się w powietrzu. Właśnie zauważył na niebie wędrowne stadko gęsi. Podążył za nimi wzrokiem i odwrócił się. Jego wzrok padł nagle na wąską dróżkę, która przechodziła przez polanę i znikała gdzieś w lesie. To, co na niej zobaczył zmroziło mu krew w żyłach. butelka wypadła mu z dłoni i potoczyła się po ziemi.
- Eee...Nie chcę wam przeszkadzać, - Odezwał się niepewnym głosem- Ale może rzucilibyście na to okiem, co? Chyba mamy towarzystwo.
Obaj profesorowie rozdzielili się i wstali z ziemi. Bob miał podbite oko i rozbitą wargę, a Aleksandrowi ciekła z nosa krew. Spojrzeli we wskazanym kierunku.
Z lasu wyjeżdżały wojskowe terenówki i czołgi. Za nimi szła piechota.
Aleksander zaklął.
- Może się jakoś z nimi dogadamy?- Zaproponował Bob- Słyszałem, że Rosjanie są bardzo przekupni.
Spojrzenie, które rzucił mu Łukanienko mogło by zmrozić lawę.
Tymczasem liczni robotnicy poczęli wychodzić z baraków i zbierać się naprzeciw Rosyjskich oddziałów. Obie grupy stały przez chwile naprzeciw siebie. Potem armia otwarła ogień.
Ci, którzy stali na przedzie zginęli natychmiast. Wybuchła panika. Robotnicy poczęli uciekać. Zginęli w przeciągu pół minuty. Czołgi natomiast zniszczyły baraki i odlatujący helikopter.
Trzej naukowcy patrzyli na to z rosnącym przerażeniem.
- Boże...- Wyszeptał Nowicki.
- Idą tutaj!- Rzucił Łukanienko- Ja...Oni...Nie miałem pojęcia, że będą mordować!
Tymczasem żołnierze podjęli marsz ku wzgórzu. Dostrzegli profesorów i otwarli do nich ogień.
Bob nie czekał aż jakaś kula go trafi. Odwrócił się i począł biec w stronę pojazdu. Dwaj pozostali naukowcy pobiegli za nim.
Gdy dotarli do grodzi Łukanienko kopnął z całej siły w pancerz.
- I co teraz?!- Krzyknął- To cholerstwo jest zamknięte, zapomnieliście?!
Stamford tymczasem padł na ziemię i gorączkowo zaczął rozgarniać ją rekami.
- Co robisz?- Zapytał go Michał.
- Szukam klamki- Odparł ponuro Bob.
- Tak, to odpowiednia chwila na żarty- żachnął się Aleksander- Oni tu przyjdą zaraz, a wtedy...
W tym momencie grodzie otwarło się z sykiem.
- Jak to...- zaczął Nowicki, lecz Stamford przerwał mu niecierpliwie.
- Później. Teraz wchodzimy.
Wszyscy trzej wskoczyli do ciemnego korytarza znajdującego się za wejściem. Kule zagrzechotały po pancerzu. Nowicki rozejrzał się. Zobaczył małą wajchę po wewnętrznej stronie drzwi i bez chwili namysłu pociągnął za nią z całej siły. Drzwi zamknęły się z sykiem.
Znajdowali się w małej śluzie. Bob podszedł do drzwi z drugiej strony i wcisnął ukryty w cieniu przycisk.
Natychmiast na suficie zapaliły się światła a ich oczom ukazał się krótki korytarz. Powoli ruszyli przed siebie.
- Powietrze jest stęchłe- Zauważył Nowicki
- Nie na długo- Odparł Stamford i wskazał na wiatraczki ulokowane na ścianach- To chyba klimatyzacja.
Wtem cały pojazd zadygotał od wstrząsu.
- Co to?!- Wykrzyknął przestraszony Łukanienko
- Chyba czołgi.- Odrzekł spokojnie Nowicki- Ale sam mówiłeś, że nie ma się czym martwić, bo pokrywa jest mocna.
- Jest mocna, to prawda- Przyznał Aleksander- Jednak nie wiem jak bardzo. Wszystko to były tylko domysły. Może opiera się laserowi, a parę uderzeń z czołgu rozwali ją w proch?
- W takim razie wolałbym stad jak najszybciej zniknąć- Stwierdził Bob. – Chodźcie, musimy znaleźć mostek.
- Umiesz tym latać?- Zapytał z niedowierzaniem Nowicki.
- Spróbować nie zaszkodzi- Rzekł Bob- poza tym to Amerykańska maszyna, nie?
Nowicki nic na to nie odpowiedział. Ruszyli dalej.
Korytarz biegł do przodu jeszcze przez pięć metrów. Potem było rozwidlenie. Wszyscy trzej wybrali prawą odnogę. Zaprowadziła ich ona do kabiny pilotów. Stały tam trzy fotele naprzeciw ekranów komputerów. Wszystko było włączone i wydawało się na nich czekać.
Nagle Bob przystanął i krzyknął cicho.
Na podłodze walały się kości. Ludzkie kości. Szkielety. Trochę dalej pod ścianą leżał zasuszony trup. Łukanienko przełknął ślinę.
- No cóż, Przecież z góry wiedzieliśmy, że piloci nie przeżyli.
Nowicki tymczasem z uwaga oglądał szkielety.
- Zobaczcie- Powiedział- ta czaszka jest dokładnie taka sama, jak tamta pod ścianą. I następna...
- Przecież wszystkie szkielety są takie same.- Zauważył Stamford.
- Nie całkiem. U niektórych ludzi kości są wydłużone, u niektórych skrócone...niektórzy mają ślady po pęknięciach, inni nie. Prawdopodobieństwo, aby na jednym pojeździe znalazło się tylu ludzi, którzy mają dokładnie takie same czaszki jest...Bardzo duże.
- Zwykły zbieg okoliczności.
Nowicki w zamyśleniu pokręcił głową.
Stamford tymczasem podszedł do jednego z foteli i spojrzał w na siedzący na nim kościotrup.
- Dziwne – powiedział wskazując na kościaną dłoń- Zawsze myślałem, że tylko ja jeden mam taki sygnet. Zrobiono go na specjalne zlecenie. – Spojrzał na swą lewą dłoń, gdzie na serdecznym palcu błyszczał złoty pierścień i na lewą dłoń kościotrupa, gdzie na jednym z palców założony miał on taki sam pierścień- Widocznie się myliłem.
Jednym ruchem zwalił kościotrupa z fotela, poczym sam na nim usiadł. Natychmiast rzucił mu się w oczy napis na czerwonym wyświetlaczu umieszczonym nad oknem:
30 czerwca 2011.Westchnął i w skupieniu popatrzył się w rzędy przycisków.
Chwilę później z wyraźną ulgą na twarzy odwrócił głowę w stronę kolegów. Statkiem szarpnął jeszcze jeden wybuch.
- Chyba wiem, jak się tym lata- Rzekł.
- Tak? To świetnie!- Krzyknął Łukanienko, gdy eksplozja zatrzęsła statkiem.- Zjeżdżajmy stąd!
- Ale...- Stamford dalej nie był pewien.
Nowicki usadowił się w jednym z foteli.
- Na miłość Boską, Bob! Wynośmy się stąd! – Zakrzyknął. – Nie wiem ile ten statek jeszcze wytrzyma!
Bob niepewnie położył palce na rzędach przycisków.

Z głośnym łoskotem statek uniósł się w powietrze rozpryskując naokoło tumany kurzu i obrzucając wszystko naokoło błotem.
Żołnierze na zewnątrz rzucili się do ucieczki. Kilku z krzykiem zwaliło się na ziemie, gdy nieliczne kamienie uderzyły w nich gruchocząc im kości.
Gdy kurzawa opadła pojazdu już nie było.

***

- No świetnie!- Wykrzyknął Łukanienko- Po prostu świetnie! Miałeś nas zabrać gdzieś, gdzie będziemy bezpieczni, ale miałem namyśli obręb naszej atmosfery!
- A tu nie jesteśmy bezpieczni?- Zapytał niewinnie Stamford patrząc się ciekawie przez okno za którym była tylko czerń kosmosu.
- Idioto, nie wiemy nawet, czy ten pojazd jest szczelny!
- Nie wiedzieliśmy- poprawił go Nowicki- Bo jak widać żyjemy, a jeśli żyjemy, to jest. Poza tym...Naprawdę trudno znaleźć bezpieczniejsze miejsce.
Łukanienko prychnął i opadł na fotel.
- A pomyślałeś chociaż o tym, czy starczy nam paliwa na powrót do domu?- Zwrócił się do Boba.
- Jakoś nie miałem czasu- Odparł zapytany z krzywym uśmiechem- Może sobie nie przypominasz, ale w nas strzelano. A poza tym ja chciałem dolecieć do Ameryki...Tylko ten statek...Sam poleciał.
Łukanienko prychnął.
- Takie wymówki do nie do mnie, Panie Stamford. Pan poleciał tym statkiem...
- Aleksander, daj już spokój...- Rzekł pojednawczo Nowicki.- Wszyscy jesteśmy podenerwowani, ale żyjemy i to być może jest zasługą Profesora Stamforda. Ostatecznie nic takiego się nie stało.- uśmiechnął się- Zawsze chciałem polecieć w kosmos.
- No, dobrze...Ale jak wrócimy do domu? – Zapytał Łukanienko.
Bob spojrzał na niego bystro.
- Mamy paliwo, a nawet, gdyby coś nawaliło, to na pewno jest gdzieś tu radio. Ci z NASA na pewno po nas przylecą.
- A skąd taka pewność?
- Ano stąd, że lecimy obiektem, który stanowi dowód na istnienie bardziej zaawansowanej technologii od naszej...W przyszłości, jeśli wierzyć napisom.
- A więc to ma być niby wehikuł czasu? – Zapytał z niedowierzaniem w głosie Nowicki.
- Nie...Nie sądzę, aby takie przemieszczanie się w czasie można było osiągnąć za pomocą naszej technologii. Jedynym zjawiskiem, jakie znamy, które mogło by spowodować jego zwolnienie jest podróżowanie z prędkością przekraczającą prędkość światła, a to jak wiemy jest nie możliwe...Przynajmniej dla nas. – Odparł Łukanienko.
- Jest możliwe, że w 2087 roku ludzie będą mogli podróżować do innych gwiazd.- Powiedział niepewnie Stamford- To kwestia rozwiązania paru problemów, a jeśli tak, to niektóre statki mogłyby napotkać czarne dziury. Jest teoria mówiąca o tym, że dzięki nim można by przemieszczać się w czasie...Tyle, że prawdopodobnie w postaci garstki atomów. Ale to ostatecznie mogłoby zostać rozwiązane.
- Koledzy proponuje dać sobie spokój z dywagacjami...Przynajmniej na jakiś czas.- wtrącił Nowicki- Trzeba by się raczej skupić na powrocie na Ziemie. Profesorze Stamford?
- Cóż...- Bob podrapał się w głowę- Mamy problem. Komputer nie reaguje na polecenia...Ale poza tym wszystko gra- dodał szybko widząc minę Łukanienki.- Sadze, że najlepiej będzie, jeśli obaj pójdziecie zobaczyć co znajduje się w drugiej części statku. Ja tymczasem spróbuje jakoś ruszyć do bydle z miejsca.
Obaj naukowcy ruszyli zgodnie ku wyjściu. Tymczasem Stamford pogwizdując zabrał się do pracy.
Drugą częścią statku okazały się dwie małe kajuty oraz kuchnia. Wszystko było sterylnie czyste i puste. Nie znaleźli nic do jedzenia.
Właśnie mieli udać się do kajut, gdy rozległ się przeraźliwy wrzask. Potem dobiegło ich odległe wołanie Stamforda:
- Chodźcie tutaj! SZYBKO!
Gdy wbiegli na mostek zobaczyli, że Stamford siedzi na środku podłogi wśród kupy kości. Jego twarz była biała, a oczy wytrzeszczone. W trzęsących się dłoniach trzymał garść złotych pierścieni. Jedną rękę wyciągnął do Łukanienki. Gdy rozprostował palce ukazał się srebrny medalik z wygrawerowanym napisem:

Aleksander Łukanienka.
Łukanienka pobladł na twarzy. Sięgną ręką pod koszulę i wydobył stamtąd dokładnie taki sam medalik. Spojrzał na Boba.
- Nic z tego nie rozumiem... – Oświadczył trzęsącym się głosem Stamford- Przecież...
W tym momencie na całym statku rozległ się sygnał alarmu. Trzej naukowcy przypadli do okien, gdzie gwiazdy wirowały w szaleńczym tempie, gdy ich statek zaczął szaleńczo wirować w próżni.
Raz widać było ziemię, innym razem nie. Nowicki pochylił się i zwymiotował obficie na podłogę.
- Cholera...- Szepnął cicho Łukanienka- Chyba spadamy...
Stamford jednym susem doskoczył do komputera i począł walić bezsilnie w klawiaturę. Niestety, sprzęt nie reagował.
Kontem oka uchwycił datę, która wyświetliła się na zegarze: 30 czerwca 1908 roku.
Bob usiadł powoli na fotelu. Zrozumiał.
Spojrzał jeszcze raz na przybliżającą się szybko ziemię, a potem przeniósł wzrok na swoje ciało leżące obok niego na podłodze. Zamknął oczy.

***

Statek przedzierał się przez atmosferę wlokąc za sobą pióropusz dymu. Grzmot wstrząsał tundrą. Tuż przed uderzeniem pojazdu o ziemię włączyło się automatyczne pole siłowe. Jednak nawet mimo tego zabezpieczenia wehikuł uderzył w ziemię z ogromną siłą i wpadł do małego jeziorka. Eksplozja była na tyle silna, że w powietrze uniosły się tumany ziemi doszczętnie przysypując jeziorko, a wszelkie lasy w obszarze czterdziestu kilometrów uległy całkowitemu zniszczeniu.
Gdy opadł kusz i pył próżno byłoby szukać prawdziwego miejsca upadku. A statek ponownie czekał aż nadejdzie jego czas.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Strona 7 z 8
Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group